niedziela, 29 czerwca 2008
Lost?
W tym momencie zastanawiam się, czy napisać czy otworzyć balkon i tam napisać. A może zostać w fotelu i zamiast pisać słuchać ? - słuchać i myśleć...albo słuchać i tworzyć - tak byłoby najlepiej dla mojej zagubionej, pomiędzy tym co niestety kompromisowe, duszy. Kompromisowym jest rozwiązanie w którym ja tylko siedzę i...słucham, a co mam robić ?.
czy jestem spełniony artystycznie ?...nie. Nie zmieni tego ani Kefardea Nagnik ani...reszta. tak było zawsze a ja muszę wybrać te cholerne kierunki i ogarnąć studia. A ja się pytam po raz pierwszy od jakiegoś czasu - czy ja przeżyję studia ?
Chciałbym zamienić nicość
[tą którą się pisze lub manifestuje]
W happening wiedzy i wiary
Niegdyś dwa bardzo "inne" obozy
Poskładałbym i wysnuł baśń
O nas lub o mnie, ale z morałem
Z początkiem i wielką ucztą
I złotowłosym leśniczym
O malinowych ustach.
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Storm
„W świetle księżyca są najpiękniejsze, powiedziała pewna osoba, tak czarne, niczym przestrzeń kosmiczna, nieznająca światła gwiazd. Wiesz jednak co twoje oczy różni od wszechświata? Z nich bije żywy ogień... błyszczą, kosmos tylko świeci.”
Uśmiechnął się obserwując śnieżnobiałe chmury, pośpiesznie wędrujące do ciepłych krajów. Ich ściężką błękitne niebo. Jego dłoń samodzielnie kreśliła kolejne kreski na białym skrawku papieru, jakby nie miał nad nią kontroli. Na białym tle pojawiały się skromne zalążki mgły, by przeradzać się w pokaźne obłoki. Wiatr zarzucił ciemne, długie włosy na jego oczy, jednak nie przejmował się tym. Doskonale widział, nawet w ciemności. Ot tajemnica błyszczących oczu. Skończył dzieło, starannie składając kartkę na pół. Włożył ją do plecaka, by nareszcie wsłuchać się w towarzyszący mu wiatr, łagodnie wprawiający każde zaschnięte źdźbło trawy w ruch.

Delikatny uśmiech na jego ustach z chwili na chwilę zanikał, przeradzając się w smutną i nad wyraz przygnębioną minę. Ogarniało go cierpienie. Serce rozrywało na tysiące kawałków. W świetle księżyca błysnął srebrny pierścień na palcu wskazującym jego prawej dłoni. Przyjżał się kolejny raz wytopionym w pierścieniu symbolu krzyża. Wiatr wciąż rozwiewał jego włosy, jednocześnie gładząc delikatnie zarumienione policzki.
Wyciągnął gitarę i zaczął grać prosty rytm... Miał problemy ze zgraniem słów piosenki wraz z grą... dopiero tydzień uczył się grać. Jednak nie poddawał się. Brnął do przodu. Zmienił się nie do poznania przez ostatnie miesiące.
Usilnie dążył ku swoim celom, nie oddawał niczego bez walki. Probówał, wierzył i miał nadzieje, że uda mu się spełnić wszystkie swe marzenia. Jednak wraz z kolejnymi doświadczeniami... kolejnymi porażkami i przejawami cierpienia... tracił nadzieję.
Zwracał się wtedy do przyjaciół, w tym do Niego. Bo tylko On mógł go wyprowadzić z tego chaosu.
Dlatego ufał... ufał bezgranicznie, choć nadzieja go często opuszczała.
Wielu nazywało go niepoprawnym optymistą, gdyż brnął przed siebie nieustannie powtarzając „będzie dobrze, bo zostaliśmy stworzeni do szczęścia”. Szczęście jednak, to chwila, która trwa bardzo krótko... czymże jednak byłaby owa radość bez cierpienia, ranienia i zła? Niczym... nie byłaby magiczna, nie byłaby wyjątkowa... Bo byłaby codziennością. Ludzie często nie doceniają tego, co im w życiu przypadło doświadczyć... nie zauważają pozytywów w tych nie zawsze przyjemnych doświadczeniach...
Jak każdy człowiek będący w zasięgu szalejącej burzy życia, on był oszołomiony i zdezorientowany tym, co wokół niego się dzieje. Ledwo utrzymywał się na nieokiełznanych falach, nieustannie bijących o niego, podtapiających. Umiał dobrze pływać w wodzie... lecz nie w życiu. Warto w takich chwilach sięgać po pomoc... są ludzie, którzy tego się podejmą i wyciągną dłoń. Jednak on pamiętał też, że są sytuacje, w których trzeba samemu wyciągnąć dłoń, by wspomóc inną osobę. Starał się to zauważać i pomagać kiedy tylko siły mu na to pozwalały.
Żył dla innych... bo kochać drugą osobę to piękny dar, który został nam, ludziom, podarowany.
piątek, 13 czerwca 2008
To chyba miała być silna i piorunująca notka...
Możnaby wymieniać wiele... Zaczynając od koncertu U2, z którego wyszedł pomysł zakupu harmonijki, poprzez perkusję, plucie ogniem, neokatechumenat (długa historia... a jak już wspomniałem, nie chce mi się), konwiwencja (jak poprzednik) i tuż po niej zakup pewnego instrumentu strunowego... Nie ma to jak ksywka „Włóczykij”... Powoli zaczynam się do tego stosować. Samotnik brnący przez życie, goniący za własnymi marzeniami... pelen wiary, nadziei w lepsze jutro.
Mniejsza... dziś troche relacji z życia mego i 101st Airborne Division... Jako, że szeregowiec z owej dywizji nie spisał nazbyt dużo, zrzucił cały ciężar na moje kościste barki... A ja palców nie czuję i mi się nie chce... Zatem post zakończe... bo piorunów (jak już wspomniałem na początku) nie widać.
I wszystko zbiega się ku temu... że ta notka też nie ma sensu.
poniedziałek, 9 czerwca 2008
Słów parę o świadomości społecznej i patriotycznych wybrykach
Świadomość społeczna...każdy jest jej uczestnikiem, nie każdy jednak ma poczucie odpowiedzialności za swoje czyny w obliczu wielkiej propagandy, media silnie wywierają nacisk na każdą sferę naszego życia, czy tego chcemy czy nie . Zacytuję wikipedię, która mówi nam, że : "Świadomość społeczna w szerszym znaczeniu obejmuje całokształt charakterystycznych dla danego społeczeństwa treści i formy życia duchowego: wyobrażeń rzeczywistości przyrodniczej i społecznej, czyli całość poglądów naukowych, filozoficznych, ideologicznych, politycznych, prawnych, religijnych, etycznych, estetycznych, które się składają się na sposób myślenia i kulturę umysłową danego społeczeństwa."
Przejdźmy do meritum. Niedawno w naszym pięknym mieście odbyła się już trzecia edycja ogólnopolskiego turnieju koszykówki Brokenball, tym razem połączonego z festiwalem kultury młodzieżowej. Oczywiście atrakcji było pod dostatkiem, Tomek Woźniak wraz z organizatorami przygotowali prawdziwą ucztę dla szczególnie młodych ludzi, i tak w ramach imprezy mogliśmy obserwować nie tylko turniej koszykówki ulicznej na bardzo wysokim poziomie, ale również obejrzeć koncert rapera Numer Raz, czy pobawić się na genialnej notabene imprezie w klubie Heaven w klimatach house, club i hip-hop.
Organizatorzy, a więc Iławskie Centrum Kultury i wiele innych uraczyli nas tym wszystkim za darmo, co spotkało się z odezwą niestety tylko kilkunastu widzów podczas turnieju. Na szczęście duże grono odbiorców towarzyszyło innym inicjatywom.
To w ramach małego wyjaśnienia, teraz apel do wszystkich tych, którzy nie byli, czyli nie zobaczyli i cały czas obgadują na...tak na prawdę młodzież, czyli nie wierzą. Cały czas panuje w naszym społeczeństwie stereotyp, który zdaje się być tak silnie zakorzeniony w mentalności obywateli, że nie widzę realnego impulsu, który sprawiłby zmianę poglądów na ten temat. Przykro mi, skoro czytając ten artykuł cały czas jesteś pewien tego, że iławska młodzież niczego innego nie robi prócz uczestnictwa w meczach Jezioraka, spożywania alkoholu w miejscach publicznych, lub awanturowania się tu i tam. Prawda, tak też jest. Ale tak jest na całym globie, czego raczej zmienić nie sposób. Łatwo natomiast odizolować się od tej całej otoczki i żyć własnym życiem, okazuje się bowiem, że czytanie plakatów wywalonych jak byk na słupach i wywieszonych wysoko nad jezdnią, to rzecz nie łatwa. Może łatwiej byłoby gdyby media większy nacisk położyły na lokalnych inicjatywach, a uwierzcie, jest ich raczej nie mało. W tym procesie ważne jest aby do świadomości społecznej dotarł jasny przekaz, że autorami danego przedsięwzięcia jest młodzież lokalna, a nie z Kaczego Bagna, zainteresowani wiedzą o co chodzi.
[do Kaczego Bagna nic nie mam, wspaniali ludzie :)]
I tak dotarliśmy do półmetka. Teraz zajmę się sprawą, która dotknęła mnie, pana "szybkie palce" Mateusza, moich znajomych, no i przechodniów. Ci ostatni muszą czuć się oburzeni tym co zobaczyli na ścianie koło ODK i jednego z bloków na podleśnym. Otóż celem ataku stała się osoba Łukasza Podolskiego, polaka grającego dla reprezentacji Niemiec, bohatera meczu Polsa- Niemcy na Euro 2008. Strzelił on dwie bramki Polakom, za co otrzymał "nagrodę" w postaci szubienicy z jego nazwiskiem i kilku bluzgów. W czym problem ?...otóż moi drodzy autor/autorzy całego zamieszania również padli ofiarą propagandy, tym razem nienawiści do wszystkiego co Niemieckie oczywiście tuż przed meczem. Ale jak nie uchronić się przeciwko tej niewątpliwej plagi, skoro nawet w popularnych gazetkach wspominają o historycznych wygranych Polski nad Niemcami typu Grunwald, a na okładce drugiego mamy głowy Ballacka i Löwa [ zawodnika i trenera Niemców] które to ścięte trzyma sam wielki Leo Benhaker...
Ale chwila, wam, czytelnikom należy się małe wyjaśnienie, bowiem sprawa nie jest taka oczywista jaką się wydaje. Albowiem problem nie tkwi w tym, że ktoś postanowił odegrać się po przegranej Polski, nie, ktoś po prostu albo jest nadto impulsywny, albo nie zna historii Pana Podoslkiego, którą po krótce przedstawię.
Łukasz Podoslki jest Polakiem, ma korzenie polskie, rodzinę, jedyne co łączy go z Niemcami jest jego wczesne dzieciństwo, tam bowiem się wychował i dorastał. Mówi po Polsku, ma synka polaka z żoną Polką...coś jeszcze?
Tylko dlaczego nie gra w naszej reprezentacji ?...to pytanie należy tylko i wyłącznie skierować do PZPN. Zarząd na czele z panem Listkiewiczem najnormalniej w świecie olali sobie młodego, utalentowanego napastnika, gdy ten otrzymał już ofertę od szkoleniowca Niemców. Jakby tego było mało, jego matka, babcia kierowały pismo do PZPN zgłaszając w nim chęć Łukasza do gry, list został odrzucony. Natomiast, gdy było już za późno, nagle w wyniku propagandy oskarżano Łukasza o zdradę i kierowanie się w swoim wyborze kasą. To oczywiste że gdzieś grać musiał, a skoro miał kontakty Tam, co miał robić, błagać pseudo patriotów o możliwość gry u nas ?...a może miał czekać tak długo, aż wyczerpie się zaufanie zarówno trenera jak i niemieckich kibiców a u nas będą popijać wódeczkę na zebraniach ?
Niech na to pytanie i jeszcze parę innych odpowie sobie najpierw sprawca wyroku śmierci na murze. W drugiej kolejności zadajmy sobie takie pytanie my : czy zawsze staramy się być obiektywni w osądach i czy nasz patriotyzm to nie tylko publiczny manifest ale i prawdziwe dbanie o dobro narodu.
Mam nadzieję, że jasno wyraziłem swoje myśli, jest dość późno a ja musiałem to napisać. Dotyka tym bardziej, że na prawdę nie rozumiem nie których zachowań , nie dość prymitywnych ale i pozbawionych logiki. Piłka to jakby nie patrzeć piłka, nasze życie to świadectwo. A to jak na nas patrzą nie zależy od wybryków rządzących, ot jednak temat na kolejną notkę.
Na koniec zaś mój wiersz, w sytuacji braku weny jestem zmuszony do prezentowania dzieł starszych, mam jednak nadzieję, że przeczytacie ;] , dobrej nocy, a prawdziwym kibicom życzę futbolowych snów i fajnych wrażeń przed telewizorem . Peace!
„Pochodna ziarna”
Mówisz, że za wiele brałem
Za mało mówiłem, wciąż zasypiałem
Pędzącego koła nikt nie zatrzyma
Tak jak, ty wiesz…
Bąble napełnionym czerstwym chlebem
…i przypaloną zupą
Tak, ty wiesz…
Duplikują się pragnienia
Odejmujemy sobie lat
Wiecznie dodajemy nowe biedy
Mówiłaś, że za wiele brałem
Bo ciągle mi mało twoich zmarszczek
Ja zmienną, pochodną ziarna jestem
Zaufaj mi i stań się pędem
środa, 4 czerwca 2008
Viva La Vida!
To ja może wspomnę po krótce co się wydarzyło a co dość znaczny wpływ miało na mnie i kolegę szybkie spuchnięte palce.
Otóż napisaliśmy matury, z skutkiem już po części widocznym[ a nie mówię tu o naszej psychice, żeby nie było] - ustne poszły nam...jak nam poszły ? - kumpel szybkie spuchnięte palce mówi, że "Ujdzie" a ja dostosuję się do takiego mniemania.
Co jeszcze ?...Za parę dni wychodzi nowa płyta Coldplay, podaruję sobie szczegóły w związku z tym ale powiem tak...posłuchajcie jej, będzie dobrze, a póki co wrzucę wam próbkę w postaci klipu, enjoy
Nasłuchujcie..już niebawem , właściwie jutro pojawi się kolejna, piorunująco silna i wyczekiwana notka, z może już dziś ?...może pan zdeterminowany postanowi wyskrobać parę słów?...
P.S : pytanie tylko czy może....[ała]
środa, 7 maja 2008
Nasze życie, nasz cel, nasza iluzja

Wyobraź sobie, że stawiasz swoje pierwsze kroki na tej lub innej planecie z grawitacyjnym zakazem i przykazaniem walki. Walki od samego początku, od zarania swojego jestestwa, momentu ujrzenia nierównych kształtów i dziwnych spojrzeń kierowanych wciąż z tym samem zakrzywieniem o kształcie przypominającym banana.
A teraz po raz drugi spróbuję pobudzić sferę twojej wyobraźni. Mianowicie chciałbym abyś potraktował, drogi czytelniku, wierzenie jako własnie ruch powoli raczkującego niemowlaka. Do tego posłużą ci obrazy wyjęte z namacalnego i obciekającego materią świata. Tak więc przenosisz się na dywan, na którym to nie ma nic prócz twojego nieco pulchnego ciała, które tak przeszkadza Ci w podróżowaniu, zaczepianiu kota czy zdejmowania sztućców ze stołu. Jesteś sam na tym jakże niezrozumianym świecie i choćby próby twoje wykraczały daleko poza sferę przyzwoitości i tak wiesz, że nie jesteś jeszcze w stanie pojąć znakomitych tajników przyrody. Tu i teraz nawet najłatwiejsze wzrory matematyczne stanowią dla Ciebie nie lada problem, a bądź pewien, że za parę lat sytuacja nie ulegnie znacznej zmianie.
Skoro więc zajrzeliśmy do środka nie ludzkich rozmiarów pokoiku dziecięcego, możemy pokusić się o analizę twoich pierwszych, nieśmiałych uczuć. Na pewno wiesz, że musisz stale podążać za celem, przy świadomości opuszczenia przez jakiekolwiek siły, stanowisz jedno i twoją siłą jesteś Ty…ale czy na pewno?
Czy na pewno pozbawiony jesteś ingerencji ? a czy ta łaskawa moc ma na Ciebie jakąś odbitkę w psychice i postępowaniu ?
Bodźcem, ale tym ograniczonym, są dla małej rozkosznej dzieciny jego opiekunowie. Widzisz ich podczas zabawnego wyrywania główki pluszowego misia. Ciebie to bawi ,ale oni krzyczą, ładne buzie nagle zamieniają się w deszczowy sztorm podczas trudnych do zrozumienia sytuacji. Koniec końców prowadzą Cię za rękę. W kim mógłbyś oprzeć swoje zaufanie jak nie w tych spracowanych dłoniach ojca i jedwabiście gładkich rączkach mamusi.
Tymczasem porzuć nadzieję na rozwikłanie najprostszych elementów , takich jak miłość, wiedza. Co prawda posiadasz przeczucie bycia kochanym podczas słodkich popołudni, gdy do snu tulą Cię nieprzemijające buziaki. Dla ciebie definicją miłości są właśnie takie niezobowiązujące pocałunki. Tuż po wyrwaniu się z tej codziennej rutyny jaką jest dla Ciebie marnujący czas, sen, sięgasz na palcach słoika z ciasteczkami. I kolejny raz z przykrością odsuwasz tą próbę na następny dzień, a pamiętaj, że rok minie zanim dosięgniesz do klamki od drzwi, jakże złudnymi mazreniami wyobrażasz sobie przestrzeń wolności jaką jest dla Ciebie duży i przestronny, pełen agresji pokój gościnny.
I jeszcze raz pamiętaj, jesteś sam. Choć o tym nie wiesz, i tak jesteś. Mała zuzia, która podczas zabawy na piaskownicy złapała cię za główkę, dzisiaj siedzi i potulnie zbiera piasek dla innego chłopca budującego zamek.
Po czasie pojawia się u Ciebie myśl : „ Jak fajnie byłoby stać się dorosłym i otrzymać klucze do wszelkich pełniejszych doznań”
do kina. W ogóle więcej mogą! Mogą ze spokojem przyjmować trudy codziennego życia, bowiem sięgają do szafek ze słodyczami i znajdują szczęście, przecież nie ma nic lepszego od słodyczy! Mogą nosić co tylko chcą i kochać też mogą! Cóż więcej, chyba jako małe dziecko nie zliczysz możliwości bycia dorosłym! I dobrze, bowiem nie jest ci dane teraz, a dane będzie gdy osiągniesz tego oczekiwanego celu, musisz jeszcze poczekać mieć nadzieję.
Teraz powróć do rzeczywistości, już nie jesteś dzieckiem. Ale gdybyś nim był, byłbyś dokładnie tym czym jesteś teraz. Tak, nie łudź się, wcale nie jesteś dużym, odważym człowiekiem o mocnych ideałach i postanowieniach. Jesteś dzieckiem wędrującym w ciemnościach i zasypiającym za dnia.
P.S : Muzyka, tą którą być może puściłeś to Sigur Rós - "Viotrar vel til lofta'ra'sa"
Zapraszam do darmowego pobierania mojego kolejnego[a pierwszego na tym blogu] mini tomiku poezji pt " poezja iluzjonistyczna". Znajdziecie go po prawej stronie.
Tymczasem...trzymajcie się ciepło!
poniedziałek, 5 maja 2008
Wysłuchaj melodii, przeczytaj me słowa

Bowiem dziś mam Tobie do opowiedzenia niedawne dzieje pewnego człowieka, który błądził, a znalazł się, nie widział, a uwierzył, nienawidził, a jednak pokochał. Jest to historia prosta a zarazem zawiła. Łatwa do zinterpretowania, jednak trudna do zrozumienia.
Był to człek młody, dojrzewający, rzekłbym wręcz, w stadium przełomowym. Wierzył w istnienie, acz nie wierzył w działanie. Odpychał, zbywał, ignorował. Żył własnym życiem, szedł własną ścieżką wydeptaną przez innych takich jak on. Nie dbał o siebie, lecz o całą resztę. Był ateistą, jednocześnie istniejąc jako altruista. Wielu mu powtarzało „weź się za siebie, nie dbaj o innych”. On myślał inaczej, nie dbał o swoje zdrowie, życie chwilami nawet nie miało dla niego znaczenia. Ratował z opresji, doradzał w kryzysowych sprawach, podnosił na duchu, jednak sam stał w kropce i nie potrafił wyjść. Czuł pustkę w sercu, czuł braki w miłości, niedosyt w przyjaźni, mglistość w przyszłości i zaniedbanie w samym sobie.
W chwili, gdy ledwo wyczuwał własny puls zstąpił pierwszy Anioł do niego. Ukazał mu się owego wczesnego lata, roku dwa tysiące sześć. Wtedy też poczuł coś, czego nigdy określić w pełni nie mógł. Owy ciemnowłosy, niebieskooki Anioł pokazał mu zupełnie inny, odmienny... lepszy świat. Świat, gdzie ludzie radowali się, wołali do niebios „Abba!”, krocząc ścieżką wyłożoną białym puchem. Tak prostą, a tak krętą. Jednak owi ludzie przy Czyjejś pomocy z łatwością stawiali kolejny krok. Mówili mu „wierzę w Niego” i pokazywali mu na człowieka przybitego do krzyża. On był jednak niedowiarkiem, chciał zobaczyć, chciał dotknąć i poczuć. Po krótkim czasie nastały chwile zwątpienia, chwile, w których on zastanawiał się nad tym, czy nie robi źle krocząc białą drogą ubrany w czarne odzienie. Chwile te także mijały, jednak w owej huśtawce nastrojów Abba uznał, iż czas próby nadchodzi. Anioł spełnił swoje zadanie i odszedł gwałtownie, zostawiając za sobą tysiące pytań bez odpowiedzi. Młodzieniec skrył się za strachem, bólem i gniewem, uciekając od radości, uciekając od Ojca. Szarpał się z Czarnym Panem, raniąc swe serce, grzebiąc swą nadzieję, niszcząc swą wiarę. Zniknęła równie gwałtownie, jak się pojawiła.
Abba... Ojciec... uznał wtem, iż nie zostawi młodzieńca w samotności, jaka jego ogarniała. W krótko po pierwszym, zstąpił Anioł drugi. Białogłowy, zielonooki, przepełniony nadzieją i wiarą. On był wypełnieniem zbłądzonego. On zaprowadził go znów na ścieżkę, mówiąc „patrz! Idź w stronę Ojca, a On sprawi, że będziesz żył wiecznie! Uwierz! Bowiem Jego syn umarł za ciebie na krzyżu, by uratować cię przed cierpieniem i doprowadzić do Światłości Ojca!”. On nie był już taki uległy, jak przy pierwszym zstąpieniu. Życie ukształtowało jego charakter. Nie chciał się łamać, bowiem strach ogarniał go, gdy myślał o utracie drugiego Anioła. Białogłowy jednak nie poddawał się. Głosił dobrą nowinę prosto do serca młodzieńca.
Wtedy, dnia pięknego, gdy słońce górowało na niebie, on zgodził się pójść do Ojca i złożyć mu wizytę w świątyni na Świętej Mszy. Jednak Anioł nie wiedział do końca, jaki plan Stwórca ma dla młodego.
Kościół był opustoszały, a w nim modliły się w ciszy jedynie duchy, niewidzialni aniołowie, a w górze mali lokatorzy z lekkością trzepotały skrzydłami. Weszli do świątyni, choć on bał się każdego jej skrawka. Przysiedli w ławce, a Anioł zaczął rozmawiać z Ojcem. Wtedy młodzieniec uznał, że najwyższy czas zrobić to samo. Spróbował. Odezwał się, zapytał i został wysłuchany. Modlił się długo, gdy Anioł powiedział, że mogą już wyjść. Wtedy, owego popołudnia, zstąpił Syn Ojca do jego serca i ożywił je, już od dawien martwe. Młodzieniec padł na kolana i krzyczał w duchu, roniąc łzy na czerwony dywan świątynny. Anioł był wzruszony, dokonał swego dzieła i odnowił wiarę w tym, który wątpił. Wtedy Ojciec nakazał Aniołowi być przy młodzieńcu, dopóki On nie uzna, iż czas drugiej próby nadchodzi.
Mijały dni, tygodnie i miesiące, a młodzieniec wierzył z każdym dniem coraz silniej. Kochał, choć nie widział swej miłości. Wierzył w nią i był kochany przez Ojca. Wypełnił swoje serce, zaznał miłości i przyjaźni, rozwiał wątpliwości związane z przyszłością i miał kogoś, kto dbał o niego.
Ale nie na tym polegał Ojcowski plan. Bowiem końcowych dni marca roku dwa tysiące osiem Ojciec uznał, iż czas na drugą próbę nadszedł. Anioł więc, po kilku miesiącach trwania przy młodzieńcu, odszedł gwałtownie, zostawiając za sobą tysiące pytań bez odpowiedzi. Młodzieniec jednak wiedział już do kogo się zwrócić, by poznać to, co go trapi. Modlił się więc, rozmawiał z Ojcem , pokładał w Nim nadzieję.
Dziś? Jest jednym z was, siedzi właśnie w fotelu i głosi swoje świadectwo. Bowiem jego przyjaciel powiedział kiedyś „ty jesteś żywym dowodem na działalność Ojca”. Owego miesiąca maja, dnia piątego poczuł on potrzebę podzielenia się swoją historią z innymi, którzy potrafią uwierzyć, nie pokładając nadzieji w tym, co widzą, słyszą i czują, ale którzy zostali obdarowani szczególnym darem. Darem, dzieki któremu widzą wyższe wartości... wierzą w życie po śmierci. Są świadomi tego, że ich życie kiedyś przeminie i nie łudzą się nieśmiertelnością, podczas gdy wszyscy dookoła umierają z chwili na chwilę.
Drogi czytelniku, jeżeli tej historii nie rozumiesz i nie wierzysz w jej przesłanie, nie wstydź się... Ojciec kocha także i Ciebie i wkrótce przyjdzie, by rozświetlić Twoją ścieżkę.
Amen.
niedziela, 4 maja 2008
Zjawa w teatrze.
Wraz z budzikiem koło godziny 7:30 otworzyłem oczy i spoglądając na zegarek w komórce zorientowałem się, że czas... cholera jasna... przecież przedstawienie jest na 9:45. No niee... Mogłem spać jeszcze co najmniej godzine. Głupi ty. No więc, zorientowałem się, że czas przełożyć termin pobudki na 8:30 i położyłem się z powrotem spać. Godzina snu i znów ten sam irytujący dźwięk. Wstałem, umyłem się, ogarnąłem, zjadłem (śniadanie, nie „się”), wyprostowałem kości i włosy, po czym wyruszyłem w nieznane... no dobra, ku konkretnemu celu... mianowicie, do kinoteatru Iławskiego, gdzie odbywało się końcowe spotkanie młodzieży oblackiej, z takowo zwanej „Niniwy”.
Jest to młodzież katolicka z wielu miejsc Polski, połączona tym, iż zdobywają, utrzymują i poszerzają swe horyzonty wiary za pośrednictwem Misjonarzy Oblatów.
Po długiej i mozolnej wędrówce przez pół miasta, przekroczyłem wreszcie próg naszego przecudnego, odpicowanego kinoteatru by, na pierwszym planie, zauważyć tłum ludzi szwędających się bez celu po całym holu. Stanąłem więc przy drzwiach, oparłem o ścianę i czekałem cierpliwie, aż coś się ruszy. Po kilku dłużących się chwilach nareszcie wrota do sali kinoteatru zostały otwarte.
Wszyscy bywalcy odnaleźli swój cel i zaczęli masowo do niego schodzić. Mimo iż byłem gdzieś w przedzie tłumu, jak tylko wszedłem na salę, zorientowałem się, że co najmniej 3 / 4 siedzeń już są zajętę. Przycupnąłem na pierwszym lepszym wolnym fotelu, tuż obok jednego z księży i przewędrowałem wzrokiem przez całą salę, szukając jakiegoś konkretnego punktu zaczepienia. Chwilami czułem się jak jakiś podrzędny reporter, który dostał zadanie zredagować zjazd młodzieży, a raczej jego ostatnie podrygi.
Starałem się być wyczulony na wszelki detal, który możnaby znaleźć w owym rozpoczęciu... ot co, dla przykładu non stop ktoś obserwował mnie i innych ludzi z sali, stojąc za kulisami i uchylając odrobnę zasłony, w przekonaniu, że nikt nie widzi.
Pierwszy głos zabrał ojciec Damian. Krótki wstęp, modlitwa... zaczyna się. Pierwsi wychodzą prowadzący, którzy spełniają to, co do nich należy... czyli wprowadzają wszystkich przybyłych w nastrój refleksji, starając się nastroić odpowiednio umysły każdego z osobna tak, by w pełni odebrali przesłanie scenki.
Ogień i Woda, bo tego tyczyła się owa scena, to dwa żywioły, które tkwią w człowieku, a także zostały nam dane od Boga, by „oczyszczały nasze dusze splamione grzechem”. Anyway, po krótkim wprowadzeniu na scenę wchodzi wielki (no... taa...) zasłonięty od stóp po czubek głowy ciemnym płaszczem, człek. Pierwsze moje skojarzenie związane było z szatanem, diabłem... ale nie.
Otóż spod tego płaszcza wyłania się dziewczyna, ubrana w czerwono-czarny strój, poszarpany, symbolizujący płomienie i gorący żar ognia. Krzyczy, wrzeszczy wręcz, przedstawiając furię w jakiej się znajduje... przez chwilę myślałem, że opętana jest dziewczyna... ot co... tak chyba to wyglądać miało, bo drugie dziewcze, które wyłoniło się spod narzuty, było kontrastowo przedstawione. Chłodne, niebiesko-białe kolory stroju, łagodność i spokój. Sięgała gdzieś wysoko dłońmi, jakby chciała chwycić niewidzialną rękę, która ją poniesie do nieba. Zniknęła, jak poprzedniczka. Mój symbol szatana ulotnił się za zasłony, a tuż za nim wyszli prowadzący. Pare słów wyjaśniających i, jakby nie patrzeć, przedstawiających nas, ludzi, w różnorakim świetle.
Czas na występ Ognia, który poprzedzony został symbolicznym podpaleniem zapałki. Łukasz nieźle się spisywał w swojej roli, zwłaszcza w drugiej części, ale o tym za chwilę.
Zasłony rozsunęły się mozolnie, a z dużych bocznych kolumn rozbrzmiała dość ciężka, rytmiczna muzyka. „Płomyki”, tak nazwijmy przedstawicieli Ognia, rozbiegli się po całej scenie, tańcząc, wykonując wszelkiego rodzaju wyzywające ruchy, miejscami przeplatane [skromnie] widowiskowymi wyczynami trzech panów akrobatów. Przekaz był prosty. Ogień symbolizował gwałtowność, żar, furię. Napewno znacie określenia typu „ogień mu z uszu buchał”, gdy mówicie o kimś rozzłoszczonym.
Gwałtowność ruchów, muzyka i poszczególne „części” tańca były dosyć dobrze zorganizowane, acz popracowałbym jeszcze nad synchronizacją. Jednakowoż rzecz ujmując, bądźmy szczerzy, nie ma rzeczy doskonałych, spektakl Ognia dobiegł końca. Czas ostudzić towarzystwo, występ Wody w drodze.
Także poprzedzony symboliczną scenką przelewania wody przez Łukasza... (nah, to było genialne) spektakl rozpoczął się łagodnym wstępem szepczącej po całej sali muzyki instrumentalnej. Owy kawalek wpowadził mnie w jakiś dziwny stan, którego określić na dzień dzisiejsy nie mogę, ale nie o tym, przejdźmy dalej.
Panowie i panie „Kropelki” zaczynali swój taniec od zgromadzenia sie w kółku, po którym to rozstawiwszy się po całej sali, podobnie jak Ogień, przeszli do ekspresji własnych uczuć. Spokój, zrównoważenie i opanowanie ogarniało widza (a bynajmniej mnie) od dołu, po samą górę. Kilka prostych ruchów tanecznych, a tak wiele potrafi przekazać. Występ nie ograniczał się jednak do machania rękoma i nóżkami. Wszelkie gwiazdy, szpagaty, czy stójka „na baletnice” także były obecne. Koniec, chwila spokoju, która pozwoliła mi choć na chwilę odwrócić wzrok gdzieś, gdzie mogłem się opanować.
Jak tylko wróciłem do poprzedniego stadium własnych emocji, przyszedł czas na ostatni akt, czyli połączony taniec Ognia i Wody. Krótko i zwięźle – był krótki i prosty... no... Przedstawienie walki Wody z Ogniem, symboliczne szarpanie, popychanie siebie wzajemnie... świetna sprawa, jak zna się ogólne przesłanie przedstawienia. Ot co, wtedy mój jakże [nie]trafnie wytypowany kandydat na diabła krzyczy „STOP!”... spod czarnego płaszcza wyłania się Rafał. I tu wszechobecny czar zła, jaki emanował spod jego płaszcza, prysł. Albowiem zaprawdę powiadam wam, pod tym ciemnym skrawkiem materiału skryty był zwykły człowiek, w którym burzą się dwa żywioły – ogień i woda, nieustannie walcząc ze sobą, zcierając się w niekończącej się wojnie.
Wraz z magicznym „stop” nastała chwila ciszy, a w głośnikach tuż po paru sekundach rozbrzmiał dźwięk znanego saksofonu... niech to szlag. Stary dobry przyjaciel, którego poznałem w grudniu tamtego roku... Kenny G. Serce zabiło mi silniej, a w oczach mimowolnie pojawiły się łzy, przez które, niczym pokaz slajdów, widziałem całą Wigilię, wszelkie detale, ten pokój, tą ciemność i Silent Night w wykonaniu powyższego artysty. Spojrzałem w dół, dostrzegając „pana tatę”, siedzącego na pierwszym stopniu... Dobra koniec, bo odbiegam od tematu.
Przyszedł czas na zjednoczenie dwóch kontrastowych żywiołów, których „zjednoczycielem” (nie wiem, czy takie słowo istnieje ale raz się żyje... ekhm) jest właśnie człowiek, ten w którym nastaje pokój, po długoletniej wojnie, w której straty ponosimy my. Wiara, szczęście, radość, wszelkie inne pozytywne uczucia są wymywane wraz z przelaną „krwią”. To już moja własna, indywidualna interpretacja owej scenki... jak miało być, nie wiem. Mówią, że Biblie każdy interpretuje na swój sposób. Scenki więc też można.
Zjednoczenie dobiegło końca, a taniec z nim związany rozwiał we mnie wątpliwości, przepędził strach i uspokoił zmysły.
Koniec, brawa, owacje na stojąco, dwa ukłony, rakieta i w nogi. Tuż po podziękowaniach dla Boga, ojców oblatów, młodzieży, pani mamy i pana taty, zdałem sobie sprawę z tego, że przesiedziałem tu nazbyt długo. Przy pierwszej możliwej okazji, jak na Evil Angel przystało, chwyciłem się jednego z księży i ulotniłem swą skromną obecność.
Niechże ta krótka i jakże niepełna relacja będzie podziękowaniem dla osób, które mnie tam zaprosiły.
PS. Ojciec Damian jest niezastąpiony... :D
"Chodź tu Krzysiu, powiedz im coś mądrego, co ich ruszy, ja ide siku." - przez mikrofon, przed liczącą ok. 200 osób widownią.
Tymże akcentem kończem swe wywody. Peace and love.
czwartek, 1 maja 2008
A Spell A Rebel Yell
I wiecie co się stało ? - zrozumiałem, że do niektórych spraw warto podchodzić na chłodno, że pradawne dogmaty to nie tylko kodeks praw moralnych obowiązujących gdzieś w przeszłości. Dzisiaj nie wrócę do zadawanego sobie po krocie pytania i wymowę przykazań św. Pawła i nie godzien jestem interpretować definicji małżeństwa, ja ją akceptuję.
No tyle...wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Wtajemniczeni to znaczy ci z Was, którzy trochę znają Biblię. Reszta, czyli ogromna większość i tak ma wyrobione swoje zdanie na temat związków homoseksualnych, dziewictwa a może nawet eutanazji[bo wątpię czy tak na prawdę ktokolwiek świadomie i konsekwentnie potrafi opowiedzieć się za jedną ze stron].
Nie mniej jednak przechodzę teraz do meritum mojego przewodu myślowego v. beta[niestety]
i tak :
1.Dzisiaj wygrałem kubek...pomarańczowy i szalik...za ciężkie guldeny wyprodukowany a nie opchnięty ani tam ani nawet u rajchów.
2.Bolą mnie palce od permanentnego uderzania w kozią skórę wywaloną na drewienku jak gacie na balkonie.
3.Pana Miecia przepraszamy za karygodną ingerencję w garażu i za to, że zabraliśmy drabinę bez pozwolenia...przynajmniej cholera ławek nie rozwaliliśmy.
Trochę kontrastowo, a mało tego rozważam zmianę koloru moich postów na pomarańczowy, bo mam balony i śmigających holendrów przed oczyma non stoper i obawiam się Mathew że to będzie tak jak twoja autostrada...
Btw : Z serii porady spadochroniarza polecam dziś pierwszy odcinek
Marek[Elbląg] : "Co zrobić panie gdy podczas spaceru zimno?"
-Trza trzymać palce prosto w kieszeni.
PS : Dobrze to dla was drodzy nieświadomi że rychło przedstawiłem wam mój zagmatfany tok myślenia.
...No może nie zawsze
PPS : ten sam Marek z Elbląga mówi że jest impreza !
[chór napalonych dyskodzieci] : "Umcycy Umcycy Umcycy Umcycy"
PS[ostatni] : to przynajmniej wam porządne klipy wrzucę. Peace
Put me to sleep, Evil Angel.
Episode one: The beginning.
Ranek, wyczekiwany od dawna dźwięk budzika - jest punkt 7:00. Zack powoli wygramolił się z dużego, dwuosobowego lóżka i wcisnął mały przycisk na elektronicznym budziku. Był drugi września 2007 roku. Za oknem było jeszcze gorące lato, termometr przyczepiony do szyby wskazywał 27 stopni. Z czasem jeszcze temperatura wzrośnie.
"Już czas do szkoły" - pomyślał. Zack był wysokim, z budową ciała niemalże atlety, szesnastoletnim chłopcem. Wchodząc do łazienki spojrzał w lustro i odgarnął ciemne, długie włosy, które opadały mu na jaskrawo-zielone oczy. Odkręcił zimną wodę z kranu, nabrał trochę w dłonie i przemył ją twarz.
- Ach.. Od razu lepiej - powiedział sam do siebie łapiąc za biały ręcznik i wycierając nim twarz. Po tym umył zęby, ubrał się w czarną koszulkę z kołnierzem i trzema rozpiętymi guzikami, wciągnął ciemno-zielone bojówki i do bocznej kieszeni włożył czarny telefon z klapką.
W kuchni było jak zwykle pusto. Niebieski kolor ścian nadawał jej zarazem chłodny jak i przytulny nastrój. Zack włożył trzy kiełbaski do mikrofalówki i ustawił czas na jedną minutę, po czym wyjął z lodówki ketchup w plastikowej butelce. Z szuflady obok zlewu wyciągnął widelec i nóż drugą ręką wyciągając z chlebaka trzy kromki czarnego chleba.
Mikrofalówka zaczęła dawać znać o świeżo podgrzanych kiełbaskach z chilli, które jako jedyne były w lodówce prócz ketchupu i małego niebieskiego pudełeczka z wczoraj już zrobioną kanapką do szkoły.
Koło 7:15 Zack był już syty i gotowy do szkoły, wyciągnął z lodówki starannie zapakowaną w srebrnawą folie aluminiową kanapkę i włożył ją do dolnej kieszeni czarnego plecaka Nike.
Spoglądając na zegarek zaczął rozmyślać, co by tu jeszcze zrobić.. Przecież szkoła jest niedaleko a jest dopiero 7:16. Rozmyślając tak przeszedł do swojego pokoju, w którym było biurko z rozłożonym i włączonym laptopem, małą, czarną lampką i jednym zdjęciem włożonym w kosztowną, drewnianą oprawkę ze złotymi ozdobami. Na starym zdjęciu widniała dziewczyna, 10 letnia, z czarnymi, długimi włosami i przepięknymi niebieskimi oczami. Zack złapał za zdjęcie i położył się na łóżku.
- Ech... Ciekawy zbieg okoliczności Elie - mówił do zdjęcia - Dlaczego pojawiasz się w moim życiu w najmniej spodziewanej chwili?
Chłopiec przeleżał tak jeszcze kilka minut, kiedy zorientował się, że już za piętnaście ósma. Zerwał się energicznie z lóżka, złapał za portfel i wrzucił go do drugiej kieszeni w spodniach, klucze i plecak. Sprawdził jeszcze czy we wszystkich pomieszczeniach są powyłączane urządzenia, wyłączył laptopa i wyszedł z domu zamykając go na klucz.
Zbiegając ze schodów piętrowca spotkał panią Gene.
- Dzień dobry! - krzyknął odruchowo mało co nie wpadając na staruszkę.
- Dzień dobry, Zack. Już do szkoły? - odpowiedziała.
- No! Pierwszy dzień! - krzyknął chłopiec.
Pani Gene usłyszała tylko trzask drzwi od klatki. Uśmiechnęła się do siebie i zaczęła wspinać po schodach. Była to niska staruszka o zielonych oczach i siwych włosach opadających jej na ramiona. Mimo wieku miała wciąż swój kobiecy urok i wyglądała na dość młodą kobietę jedynie z pomalowanymi włosami na szaro.
Zack biegł przez jakiś czas aż dotarł do mostu nad jeziorem, które dzieliło jego osiedle od miasta. Na przeciwko była już widoczna szkoła - Liceum Ogólnokształcące, jedna z trzech szkół średnich w Wilmington, małym miasteczku liczącym nieco ponad 30 000 mieszkańców. Wilmington było spokojnym miastem o własnym uroku i przepięknych krajobrazach wzgórz, jeziora i doliny, przez którą wiodła droga międzymiastowa prowadząca do Cincinnati. Zack dotarłszy do szkoły rozejrzał się po podwórzu, po którym przechadzały się inni uczniowie czekający na pierwszy dzwonek. Tuż przed nim pojawił się Maxwell Silven, jego nowy kolega z klasy. Max podszedł do niego.
- Cześć - powiedział Zack uśmiechając się łagodnie do Maxa stojącego obok.
- Siema - odpowiedział. Silven był ubrany w firmowe jeansy z Lee i granatowy t-shirt. Na prawym ramieniu wisiał brunatny plecak z masą kieszeni i białą naszywką pantery. – Zack prawda?
- Tak, chodzimy do tej samej klasy.
- Super.. Fajne buty, gdzie kupiłeś? - zapytał z zaciekawieniem Max, spoglądając na czarne adidasy z białymi pasami i tego samego koloru sznurówkami opadającymi na brukowany chodnik prowadzący do wejścia szkoły.
- Dzięki. Kupiłem je niedaleko w sklepie sportowym, jak chcesz to możemy się po szkole wybrać do niego i sobie pooglądać. Może jakieś Tobie wpadną w oko i sobie kupisz? - zaproponował Zack.
- Czemu nie? Byłoby świetnie - odpowiedział zachwycony pomysłem Max.
Dwójka chłopaków weszła do środka. Główny korytarz poprzedzała swoista weranda z betonowymi schodami, po prawej stronie od wejścia było pomieszczenie woźnego, z którego można było obserwować wszystkich ludzi, którzy wchodzili bądź wychodzili ze szkoły. W pomieszczeniu siedział niski, siwo włosy mężczyzna z brodą i wąsami tego samego koloru. Do granatowej koszuli była przyczepiona plakietka: „Woźny: Graham Jones”. Jego okrągłe, jasno-niebieskie oczy dawały wrażenie, że jest miłą i dobrą osobą.
Zack kiwnął głową na znak przywitania. Uprzejmość odwzajemnił woźny, także skinąwszy głową.
Obydwaj uczniowie wbiegli po schodach i weszli przez szerokie, białe drzwi.
Korytarze były wąskie jednak wysokie, na rogu każdego z nich, tuż przy suficie była usytuowana kamera chroniąca bezpieczeństwa zarówno na przerwach jak i na lekcjach.
- Mamy lekcje pod salą 71, to na samej górze, chodź! - zaproponował Max. Zack skinął głową i razem z Silven’em weszli na drugie piętro szkoły.
Przed klasą było już koło 20 osób. Większość stanowiły dziewczyny, a wśród nich Zack zauważył znajomą twarz.. Jednak już 6 lat starszą. Dawna jego przyjaciółka, która niestety nie poznała chłopca podczas rozpoczęcia szkolnego. Zack jednak nie zapomniał o niej i odkąd ją ujrzał nie mógł przestać o niej myśleć. Max razem z nim podeszli do klasy i przywitali się z chłopakami. Było ich razem sześciu : Max , Zack , Filip , Wojtek , Danny i Matthew. Jednak na liście widniało jeszcze jedno nazwisko. Jeden z chłopaków nie był na rozpoczęciu szkolnym. Zacka bardzo to zastanawiało mimo to, że jeszcze go nawet nie widział na oczy.
_________________
Od dziś pewna bardzo bliska osoba zaczęła okreslać mnie terminem "Evil Angel"... podsunęła mi także pewną piosenkę, która z owym pojęciem się łączy. Oto i ona:
_________________
Na tym zakończymy dzisiejszą notkę.. Dlaczego? Bo mało miejsca jest...
Anyway, jak zaplanowałem, tak ową "publikacje" zakończe.
Otóż dzisiaj się rozgadałem ze znajomymi na wiele mniej lub bardziej filozoficznych tematów. Przykładem może być owy fragment rozmowy z Martą Sz., z którą to rozmawiałem na temat mojego "zamknięcia" na jakiekolwiek zewnętrzne bodźce wysyłane przez inne osoby. Oto mała scenka z naszej rozmowy:
Marta Red 00:00:25
Mateuszku otwórz się :D
whiteeraven 00:00:45
Aaaaaaa! *wyciąga nóż i rozpruwa sobie klatke piersiową*
whiteeraven 00:00:52
...może być ?
...
Peace and Love [or else].
signed: white raven
czwartek, 24 kwietnia 2008
Faith
„Dziadek ze smutnym wyrazem spogląda na świat przez popękaną szybę wechikułu beznamiętnie sunącego po torach naszego życia. Wsłuchuje się w nieregularne pomlaskiwania starszego pana po prawej i zastanawiam się, czemu obok nie ma Twojej dłoni.”
Przerwał. Słońce gwałtownie rozświetliło puste kartki jego zeszytu, zaślepiając duże, brązowe oczy intensywnymi promieniami, którymi raczył nas obdarzyć Stwórca.
Spojrzał choć na chwilę na łukowatę pagórki, rozdzielone na dziesiątki różnokolorowych kwadratów. Pociąg zwalniał. Malbork już blisko. Zwalniał zeszyt i wstał razem z dziadkiem idąc ku kolejnemu przystanku. „Nasza wspólna droga”, pomyślał. Przecież to tak banalne! A jednak, kolejna cząstka jego życia. Kolejne przygody, doświadczenia... próby. Wychodząc z przedziału odruchowo przyłożył dłoń do piersi. „Znowu mocniej bije”. Serce nie dawało mu spokoju, nieustannie pompując tą parszywą, trującą krew.
„Badania zazwyczaj kończą się na popękanych probówkach – zwierzył się kiedyś przyjaciółce – A na parapecie mam cmentarzysko komarów”.
Ktoś wreszcie musiał o tym wiedzieć. Trudno jest ukrywać swoją tożsamość przed sześcioma miliardami ludzi. Sam chwilami nie wiedział, jak tłumaczyć to, skąd jest. Czy jest diabłem, czy aniołem? A może jednym i drugim? Jedyne co pewne, to to, że jego oczy kryją błękit nieba, a dłonie łagodzą rany, nawet te wewnątrz... te duchowe. Sam się o tym przekonał zasklepiając serce czystym, białym promieniem. Długo blizny jednak się goją... Znacznie dłużej niż kiedyś. A moc wkrótce go opuści. Wtedy pozostanie mu tylko jedno, czego się nauczył z tego świata... wierzyć.
Czekałem na dziadka chłonąc każdy skrawek z życia Lema, zupełnie bez kontroli wystukując nogą kolejny nieznany mi rytm. Bóg dziś znów zaszczycił mnie swoją obecnością, za co Mu jestem ogromnie wdzięczny. Ot taka refleksja.
Krótka kontynuacja poprzedniego opowiadania (specjalnie dla Spadochroniarza i Marty [Red]).
Karol wybacz... wena mnie naszła. Już więcej nie będę.
PS. Tak z ciekawości i dla chętnych. Chciałbym zapytać was o dość niezręczną sprawę. Mianowicie... o wiarę.
Wierzysz w Boga?
Dlaczego nie? Dlaczego tak?
Jeżeli tak, to w jaki sposób na Ciebie wpływa?
Podzielcie się swoją historią. Ja w przyszłości zamieszcze także własną. Nie wstydźcie się przyznawać do Boga. Czekam na e-maile (whitee.raven@gmail.com) z waszymi historiami. Dobrej nocy.
edit 27.04.2008 00:20:
Nie chciałem robić kolejnej notki, bo tylko byłby bałagan...
Owe powyższe dedykuje... no.
"Musiałem dodać... normalnie musiałem dodać." - tak powiedziałem Marcie.
"Popłakałem się... autentycznie się k***a popłakałem..." – a tak Pawłowi...
Dziękuję i przepraszam, ten ostatni raz... A teraz wychodze. Dobranoc.
Scjentyzm łatwopalny
Teraz plany są, przyszłościowe, pomięte w kieszeni z bałaganem niespełnienia, które doskwiera gdy tak jak teraz, prawie leżę na tych majonezowych obłokach, prawie dotykam światła..lecz nadal coś starannie odpycha mnie od fundamentów mojej egzystencji. Tym czymś może być brak pana Cogito moich czasów , który nadal przesiaduje sam na stacji Rovigo w moich snach niewdzięcznych. Brakuje nie tyle życiowego przewodnika lub ciepła z kominka, ale stałego lądu pod moimi nabrzmiałymi stopami.
Łatwo pogubić się w tej rzeczywistości pełnej iluzji, wiem, pisałem już o tym, ale gdzie indziej...przykry jest fakt przemijalności z jaką spotykamy się na co dzień. W tym wszystkim tylko jedna Osoba potrafi połapać się na tyle, by skutecznie wskazywać mi drogę na każdy smutno-śmieszny dzień, na każdą godzinę śmiertelnej odliczanki.
„Na obrazie Muncha „
Krzycz
Bo w tym krzyku jesteś sam
Bo głos twój słaby, załamany
Dookoła nic prócz swawoli-
Krzyczą wszystkie narody
Od wewnątrz buntuje się każdy pan
I każdy giermek na drewnianym koniu.
Krzycz
Twojego marnego krzyku rozpaczy
Twojego chleba powszedniego
Nie wskazane by ktoś usłyszał-
Krzyczą pod sklepem smarkacze
I nawet piekarz już nie potrafi
Wyrobić swego ciasta przykładnie
A w końcu...
Wiara pomoże każdemu wstać !
[nawet jeśli krzyk kosmosu
W tym samym kosmosie nie znaczy nic]
Tym bardziej...
Wiara pomoże każdemu wstać !
[ bo to co dotychczas widzimy w snach
Każdemu dane jest na końcu ]
PS : zarówno wiersz jak i tekst są mego autorstwa.
PPS: to pisałem ja, Parachutist
sobota, 19 kwietnia 2008
Like today never happened before.
Usłyszał krótki i donośny dźwięk komórki. Spojrzał na biurko i chwycił energicznie za telefon, jednocześnie wyciszając muzykę. Spojrzał na wyświetlacz... serce zabiło mu tak silnie, niczym młot uderzający o stal, gdy kowal wyrabia kolejny ogromny miecz, dla równie potężnego rycerza w świetlanej zbroi.
Twarz pobledła, stając się niczym ściana w starym pokoju 2 na 3 metry kwadratowe... na piętrze po prawej stronie... z dębowymi drzwiami i małą niebieską lampką, która co wieczór była zapalana, by jeszcze choć przez chwile pamiętać o blasku słońca.
Na ciele, skóra zesztywniała, a drobne, rozrzucone po niej grudki podkreśliły swoje istnienie, stawiając każdy mały włosek na nogi.
Odrzucił ją... po czym szybko oddzwonił na ten sam numer, by wkrótce usłyszeć ten łagodny, jakże dobijający go we wnętrzu głos... Trudno mu było cokolwiek wyrzucić z siebie... mówił więc, jak najwiarygodniej potrafił, byle tylko nie ukazać tego, co czuje.
- Zapomniałeś już o mnie?
„Nigdy nie popełnie tego błędu”. Nie odważył się...
- A jak myślisz?
Nie wiedziała... albo nie chciała wiedzieć. Co za różnica... nie powiedział. Nie mógł tego z siebie wykrztusić. Dłoń trzymająca telefon coraz silniej drżała... coraz silniej. Bał się w pewnej chwili, że upuści telefon, albo go za moment zgniecie. Tak bardzo ogarniała go złość... był wściekły wręcz... dlaczego? Bo nie zapomniał... bo kochał... Zaklnął w myślach swoje emocje i uczucia usilnie klejące się do serca. „Jedna miłość – jedno życie”, pomyślał za chwile. Uśmiechnął się mimowolnie, wciąż czując ten ucisk w klatce piersiowej... jednak słabł... z każdą kolejną sekundą.
- Widziałem cie dziś w kościele – powiedział.
- Aha... i co?
Uśmiech znów zniknął z jego ust. Jej głos znów zacisnął pętle wokół gardła.
„Pięknie wyglądałaś.”
- Nic... tak po prostu chciałem powiedzieć.
Krótko, zwięźle.. następne pytania niczym go już nie zaskakiwały. Co robi? Jak u niego? ... Jak zawsze... Starał się walczyć z wredotą życia... z tą cholerną świadomością, że musi się w życiu cierpieć.
„Boże, pomóż...”
Odłożyła słuchawkę. On odetchnął z ulgą, jednak w chwile później znów zadzwoniła.
„Po co...”, pomyślał. Nie chciał, a jednak pragnął wciąż słyszeć jej głos. Znów oddzwonił. Przeżywał to samo, co za pierwszym telefonem... jednak silniej. Miał taką nadzieję, ogromną, oślepiającą jak te światła z miasta.
Pytała o to samo, jakby zapomniała o tym, o czym rozmawiali przez paroma minutami. Wreszcie coś pękło... On opowiedział o tym, jak jego rodzina się dowiedziała. Ona zaszokowała go wiadomością, że jej matka popłakała się z tego powodu, że już jego nigdy nie zobaczy. Łzy mimowolnie napłynęły mu do oczu, gdy dotarło to do jego świadomości.
„Zakończ już to wreszcie”.
- No, to ... cześć.
- Cześć.
To już przeszłość. Cząstka wielkiego uniwersum zapomnianych stronic nie wydanej w odpowiednim momencie książki. Puste kartki wciąż czekają... by je wyrwać i narysować kolejny abstrakcyjny szkic przedstawiający obcych, kwiaty, parę przesiadującą na moście tuż nad niewielkim, górskim bajorkiem, czy też serca przebite tysiącem gwoździ... lub misie-mikołaje.
I tym sposobem znów z trudem łapie powietrze w płuca. Nadchodzą wakacje, nadchodzi słońce, ciepłe dni i rozgrzany piasek plaży. Wybierzemy się tam kiedyś razem... będziemy pływać, tak jak na basenie, no nie?
Zagrajmy w inną grę... tą,
w którą jeszcze nigdy nie graliśmy.
Wsłuchajmy się w słowa
Nigdy nie wypowiedziane.
Postaraj się, spojrzeć na mnie
I naprawdę ujrzeć moje serce.
Czy naprawdę sądzisz,
Że mógłbym pozwolić
Na to, by zniknęło,
Co łaczyło nas.
Ty sprawiłaś, że wierze
Że żyje, tak, jak żyć mi
Przykazano.
Za ten czas wdzięczny
Ci jestem, do końca życia...
Wiecznego.
Cichej nocy i powrotu zapomnianych marzeń.
sobota, 12 kwietnia 2008
A new beginning.
Nakładam rzemień z obrączką
Niczym Frodo, strzegę go własnym sercem.
Bo miłości ta nie przeminie, wiem
I bronie tej zasady każdym kolejnym dniem.
Kochanie zawsze było trudne.
Rozstanie? Jeszcze trudniejsze.
Lecz gdy czas zmierzyć się z samym sobą,
Siła, wiara i nadzieja w lepsze jutro
Trzyma mnie przy życiu.
Więc modle się do Ciebie, Panie
O to jutro, by lepsze było wreszcie.
Bym miłości mej strzegł do końca,
Póki sił starczy na walke z wrogiem.
I jako bohater dziś dnia
Powiedział sobie śmielej niż kiedykolwiek.
Żyje, kocham, wierze i... walcze.
Bo każdy bohater ma prawo krwawić
I każdy bohater ma prawo marzyć.
Zatem bohaterowie! Walczmy o marzenia,
Bowiem gdy człowiek przestaje marzyć,
Przestaje żyć.
A każdy jest bohaterem swej opowieści,
w której trwa, póki Bóg mu na to przyzwoli.
To czego jedynie pragniemy to nie jest żadną komercyjną przechwałką. Ja mogę wrzucić kawałek mojej grafomańskiej poezji i skrupulatnie wykonywane grafiki, ty możesz wrzucić swoje w pocie czoła[ i myszki] wyrabiane grafiki i próby poezji, razem możemy dojść do porozumienia, razem możemy zamknąć tego bloga w każdej chwili, osobno... nie stworzylibyśmy czegoś takiego.
Jedyny pewnik to moja i twoja tożsamość, którą ukrywamy...
A może jest ona widoczna już teraz...te 3 kropki..teraz 2.no i wreszcie jedna
Te znaki mogą o czymś świadczyć, ale nie muszą...ta chwila to nowa droga na wytartych sandałach z zakurzonym kompasem, ale tak jak pierwszy pocałunek...moment zawahania, nie wiadomo także co będzie jutro, pojutrze, za tydzień.
Te przerwy niczym antrakty w monologu wygłaszanym przez początkującego rycerza są oznaką zmiany poglądów ?...czy zmieniła się osoba mówiąca, czy wrona opuściła stado ? – czy nowy król zasiadł na tronie wraz z pianiem kogutów ?
Przyjacielu... dziś stajemy razem w kręgu zapomnienia, by tworzyć wspólnie ten świat, który dla nas zaczął swoje życie. Jesteśmy tu... nie tylko dla innych, spragnionych, czytelników, którzy chcą liznąć odrobinę poezji, czy spojrzeć na twory związane z Photoshopem... nie jesteśmy tu po to, aby się pokazać, czy też w jakikolwiek sposób starać się wywyższyć ponad innych, szarych ludzi... Jesteśmy tu dla siebie. Po to, by kształcić swoje talenty, poglądy i... dzielić się nimi.
Czy temu podołamy? Czas pokaże. Nasze miejsce na tym skrawku przestrzeni internetowej w każdej chwili może zostać zwolnione dla innych, tak jak sam zauważyłeś.
Lecz z momentem włożenia żelaznego hełmu i ujęcia w dłonie przygotowanego oręża nie ma odwrotu. Marsz odbędziemy, niczym starożytni Spartanie idący ku hordom perskich najemników. Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. O swoją tożsamość i własne zamiłowania. Jedynie Bóg może wiedzieć, czy runiemy z impetem na ziemię, przebici tysiącem strzał, czy też obronimy wąwóz przed nacierającym przeciwnikiem.
Amen.
„Stop...tył...lewo...przód”
Powiedzmy, że Tego wątku nie było
Gwiazd biednych za nogi nie szarpałem
Ani nie wgryzłem się w ławicę kul
Miotanych dzielnie przez bożka strzelbą
(Albowiem łuki zniszczono z zapałem)
Niech mnie nie wiodą zapachy
Alabastrowych pytań o poranku
Czy ja, czy ty, czy to jest przyjaźń ?
Nadziejo!...warto by skończyć tą tułaczkę
Bo teraz trzeba spać nam i milczeć
I milczeć...zasypiać w przegniłych wzrokach
A dom niech będzie surową doliną
Otoczoną bardzo zmiennymi prądami
Błagam! niech skaliste, iskrzące brzegi
Naszych klifów promienieją, że czuć będzie lato!
Lato!...tysiące robaczków poczuliśmy przeszywających
skrępowane nicością stopy.
A potem wspięły się wyżej....
Te same, pracowite mrówki naszych czasów .