czwartek, 24 kwietnia 2008

Faith

Jechał już przez dłuższy czas, wsłuchując się w rytmiczny stukot pociągu pośpiesznie gnającego do Malborka. Zastanawiał się dlaczego już od trzech tygodni nawiedza go paskudny nawyk przygryzania dolnej wargi, gdy tylko myśli jego opuszczają ciężką, zasnutą problemami codzienności, rzeczywistość. Otworzył w końcu zeszyt, wyjął z plecaka długopis i zaczął pisać.

„Dziadek ze smutnym wyrazem spogląda na świat przez popękaną szybę wechikułu beznamiętnie sunącego po torach naszego życia. Wsłuchuje się w nieregularne pomlaskiwania starszego pana po prawej i zastanawiam się, czemu obok nie ma Twojej dłoni.”

Przerwał. Słońce gwałtownie rozświetliło puste kartki jego zeszytu, zaślepiając duże, brązowe oczy intensywnymi promieniami, którymi raczył nas obdarzyć Stwórca.

Spojrzał choć na chwilę na łukowatę pagórki, rozdzielone na dziesiątki różnokolorowych kwadratów. Pociąg zwalniał. Malbork już blisko. Zwalniał zeszyt i wstał razem z dziadkiem idąc ku kolejnemu przystanku. „Nasza wspólna droga”, pomyślał. Przecież to tak banalne! A jednak, kolejna cząstka jego życia. Kolejne przygody, doświadczenia... próby. Wychodząc z przedziału odruchowo przyłożył dłoń do piersi. „Znowu mocniej bije”. Serce nie dawało mu spokoju, nieustannie pompując tą parszywą, trującą krew.
„Badania zazwyczaj kończą się na popękanych probówkach – zwierzył się kiedyś przyjaciółce – A na parapecie mam cmentarzysko komarów”.
Ktoś wreszcie musiał o tym wiedzieć. Trudno jest ukrywać swoją tożsamość przed sześcioma miliardami ludzi. Sam chwilami nie wiedział, jak tłumaczyć to, skąd jest. Czy jest diabłem, czy aniołem? A może jednym i drugim? Jedyne co pewne, to to, że jego oczy kryją błękit nieba, a dłonie łagodzą rany, nawet te wewnątrz... te duchowe. Sam się o tym przekonał zasklepiając serce czystym, białym promieniem. Długo blizny jednak się goją... Znacznie dłużej niż kiedyś. A moc wkrótce go opuści. Wtedy pozostanie mu tylko jedno, czego się nauczył z tego świata... wierzyć.


Czekałem na dziadka chłonąc każdy skrawek z życia Lema, zupełnie bez kontroli wystukując nogą kolejny nieznany mi rytm. Bóg dziś znów zaszczycił mnie swoją obecnością, za co Mu jestem ogromnie wdzięczny. Ot taka refleksja.
Krótka kontynuacja poprzedniego opowiadania (specjalnie dla Spadochroniarza i Marty [Red]).
Karol wybacz... wena mnie naszła. Już więcej nie będę.



PS. Tak z ciekawości i dla chętnych. Chciałbym zapytać was o dość niezręczną sprawę. Mianowicie... o wiarę.
Wierzysz w Boga?
Dlaczego nie? Dlaczego tak?
Jeżeli tak, to w jaki sposób na Ciebie wpływa?
Podzielcie się swoją historią. Ja w przyszłości zamieszcze także własną. Nie wstydźcie się przyznawać do Boga. Czekam na e-maile (whitee.raven@gmail.com) z waszymi historiami. Dobrej nocy.


edit 27.04.2008 00:20:

Nie chciałem robić kolejnej notki, bo tylko byłby bałagan...



Owe powyższe dedykuje... no.
"Musiałem dodać... normalnie musiałem dodać." - tak powiedziałem Marcie.
"Popłakałem się... autentycznie się k***a popłakałem..." – a tak Pawłowi...
Dziękuję i przepraszam, ten ostatni raz... A teraz wychodze. Dobranoc.

Scjentyzm łatwopalny

Posmutniałem ostatnimi czasy. Niby dekadencja ostatnio w modzie coraz częściej, ale ja czuję się nie odpowiednio, brakuje mi tej melancholii...zamartwiania się, moralnego biczowania i paru wyrzutów sumienia na dobranoc. Wtedy w tej bylejakości widziałem swoje odbicie, dokładnie.

Teraz plany są, przyszłościowe, pomięte w kieszeni z bałaganem niespełnienia, które doskwiera gdy tak jak teraz, prawie leżę na tych majonezowych obłokach, prawie dotykam światła..lecz nadal coś starannie odpycha mnie od fundamentów mojej egzystencji. Tym czymś może być brak pana Cogito moich czasów , który nadal przesiaduje sam na stacji Rovigo w moich snach niewdzięcznych. Brakuje nie tyle życiowego przewodnika lub ciepła z kominka, ale stałego lądu pod moimi nabrzmiałymi stopami.

Łatwo pogubić się w tej rzeczywistości pełnej iluzji, wiem, pisałem już o tym, ale gdzie indziej...przykry jest fakt przemijalności z jaką spotykamy się na co dzień. W tym wszystkim tylko jedna Osoba potrafi połapać się na tyle, by skutecznie wskazywać mi drogę na każdy smutno-śmieszny dzień, na każdą godzinę śmiertelnej odliczanki.



„Na obrazie Muncha „

Krzycz
Bo w tym krzyku jesteś sam
Bo głos twój słaby, załamany
Dookoła nic prócz swawoli-
Krzyczą wszystkie narody
Od wewnątrz buntuje się każdy pan
I każdy giermek na drewnianym koniu.

Krzycz
Twojego marnego krzyku rozpaczy
Twojego chleba powszedniego
Nie wskazane by ktoś usłyszał-
Krzyczą pod sklepem smarkacze
I nawet piekarz już nie potrafi
Wyrobić swego ciasta przykładnie

A w końcu...
Wiara pomoże każdemu wstać !
[nawet jeśli krzyk kosmosu
W tym samym kosmosie nie znaczy nic]

Tym bardziej...
Wiara pomoże każdemu wstać !
[ bo to co dotychczas widzimy w snach
Każdemu dane jest na końcu ]


PS : zarówno wiersz jak i tekst są mego autorstwa.
PPS: to pisałem ja, Parachutist

sobota, 19 kwietnia 2008

Like today never happened before.

Przymknąwszy oczy, choć na chwile wsłuchał się w głosy miasta oślepiających świateł. Muzyka go chłonęła tak silnie, że całe jego ciało z nią współgrało. Harmonia każdego instrumentu współgrała z harmonią jego rąk, stóp, głowy, ust. Wszechpotężna równowaga pomiędzy życiem, a śmiercią jakby została przerwana, nagięta poprzez podróż do zupełnie innej rzeczywistości, która... zniknęła w mgnieniu oka.

Usłyszał krótki i donośny dźwięk komórki. Spojrzał na biurko i chwycił energicznie za telefon, jednocześnie wyciszając muzykę. Spojrzał na wyświetlacz... serce zabiło mu tak silnie, niczym młot uderzający o stal, gdy kowal wyrabia kolejny ogromny miecz, dla równie potężnego rycerza w świetlanej zbroi.
Twarz pobledła, stając się niczym ściana w starym pokoju 2 na 3 metry kwadratowe... na piętrze po prawej stronie... z dębowymi drzwiami i małą niebieską lampką, która co wieczór była zapalana, by jeszcze choć przez chwile pamiętać o blasku słońca.
Na ciele, skóra zesztywniała, a drobne, rozrzucone po niej grudki podkreśliły swoje istnienie, stawiając każdy mały włosek na nogi.
Odrzucił ją... po czym szybko oddzwonił na ten sam numer, by wkrótce usłyszeć ten łagodny, jakże dobijający go we wnętrzu głos... Trudno mu było cokolwiek wyrzucić z siebie... mówił więc, jak najwiarygodniej potrafił, byle tylko nie ukazać tego, co czuje.

- Zapomniałeś już o mnie?
„Nigdy nie popełnie tego błędu”. Nie odważył się...
- A jak myślisz?

Nie wiedziała... albo nie chciała wiedzieć. Co za różnica... nie powiedział. Nie mógł tego z siebie wykrztusić. Dłoń trzymająca telefon coraz silniej drżała... coraz silniej. Bał się w pewnej chwili, że upuści telefon, albo go za moment zgniecie. Tak bardzo ogarniała go złość... był wściekły wręcz... dlaczego? Bo nie zapomniał... bo kochał... Zaklnął w myślach swoje emocje i uczucia usilnie klejące się do serca. „Jedna miłość – jedno życie”, pomyślał za chwile. Uśmiechnął się mimowolnie, wciąż czując ten ucisk w klatce piersiowej... jednak słabł... z każdą kolejną sekundą.

- Widziałem cie dziś w kościele – powiedział.
- Aha... i co?
Uśmiech znów zniknął z jego ust. Jej głos znów zacisnął pętle wokół gardła.
„Pięknie wyglądałaś.”
- Nic... tak po prostu chciałem powiedzieć.

Krótko, zwięźle.. następne pytania niczym go już nie zaskakiwały. Co robi? Jak u niego? ... Jak zawsze... Starał się walczyć z wredotą życia... z tą cholerną świadomością, że musi się w życiu cierpieć.
„Boże, pomóż...”
Odłożyła słuchawkę. On odetchnął z ulgą, jednak w chwile później znów zadzwoniła.
„Po co...”, pomyślał. Nie chciał, a jednak pragnął wciąż słyszeć jej głos. Znów oddzwonił. Przeżywał to samo, co za pierwszym telefonem... jednak silniej. Miał taką nadzieję, ogromną, oślepiającą jak te światła z miasta.
Pytała o to samo, jakby zapomniała o tym, o czym rozmawiali przez paroma minutami. Wreszcie coś pękło... On opowiedział o tym, jak jego rodzina się dowiedziała. Ona zaszokowała go wiadomością, że jej matka popłakała się z tego powodu, że już jego nigdy nie zobaczy. Łzy mimowolnie napłynęły mu do oczu, gdy dotarło to do jego świadomości.

„Zakończ już to wreszcie”.

- No, to ... cześć.
- Cześć.

To już przeszłość. Cząstka wielkiego uniwersum zapomnianych stronic nie wydanej w odpowiednim momencie książki. Puste kartki wciąż czekają... by je wyrwać i narysować kolejny abstrakcyjny szkic przedstawiający obcych, kwiaty, parę przesiadującą na moście tuż nad niewielkim, górskim bajorkiem, czy też serca przebite tysiącem gwoździ... lub misie-mikołaje.


I tym sposobem znów z trudem łapie powietrze w płuca. Nadchodzą wakacje, nadchodzi słońce, ciepłe dni i rozgrzany piasek plaży. Wybierzemy się tam kiedyś razem... będziemy pływać, tak jak na basenie, no nie?




Zagrajmy w inną grę... tą,
w którą jeszcze nigdy nie graliśmy.

Wsłuchajmy się w słowa
Nigdy nie wypowiedziane.

Postaraj się, spojrzeć na mnie
I naprawdę ujrzeć moje serce.

Czy naprawdę sądzisz,
Że mógłbym pozwolić
Na to, by zniknęło,
Co łaczyło nas.

Ty sprawiłaś, że wierze
Że żyje, tak, jak żyć mi
Przykazano.

Za ten czas wdzięczny
Ci jestem, do końca życia...
Wiecznego.










Cichej nocy i powrotu zapomnianych marzeń.

sobota, 12 kwietnia 2008

A new beginning.

„Bohater”

Nakładam rzemień z obrączką
Niczym Frodo, strzegę go własnym sercem.
Bo miłości ta nie przeminie, wiem
I bronie tej zasady każdym kolejnym dniem.

Kochanie zawsze było trudne.
Rozstanie? Jeszcze trudniejsze.
Lecz gdy czas zmierzyć się z samym sobą,
Siła, wiara i nadzieja w lepsze jutro
Trzyma mnie przy życiu.

Więc modle się do Ciebie, Panie
O to jutro, by lepsze było wreszcie.
Bym miłości mej strzegł do końca,
Póki sił starczy na walke z wrogiem.
I jako bohater dziś dnia
Powiedział sobie śmielej niż kiedykolwiek.
Żyje, kocham, wierze i... walcze.

Bo każdy bohater ma prawo krwawić
I każdy bohater ma prawo marzyć.

Zatem bohaterowie! Walczmy o marzenia,
Bowiem gdy człowiek przestaje marzyć,
Przestaje żyć.
A każdy jest bohaterem swej opowieści,
w której trwa, póki Bóg mu na to przyzwoli.



To czego jedynie pragniemy to nie jest żadną komercyjną przechwałką. Ja mogę wrzucić kawałek mojej grafomańskiej poezji i skrupulatnie wykonywane grafiki, ty możesz wrzucić swoje w pocie czoła[ i myszki] wyrabiane grafiki i próby poezji, razem możemy dojść do porozumienia, razem możemy zamknąć tego bloga w każdej chwili, osobno... nie stworzylibyśmy czegoś takiego.

Jedyny pewnik to moja i twoja tożsamość, którą ukrywamy...
A może jest ona widoczna już teraz...te 3 kropki..teraz 2.no i wreszcie jedna
Te znaki mogą o czymś świadczyć, ale nie muszą...ta chwila to nowa droga na wytartych sandałach z zakurzonym kompasem, ale tak jak pierwszy pocałunek...moment zawahania, nie wiadomo także co będzie jutro, pojutrze, za tydzień.

Te przerwy niczym antrakty w monologu wygłaszanym przez początkującego rycerza są oznaką zmiany poglądów ?...czy zmieniła się osoba mówiąca, czy wrona opuściła stado ? – czy nowy król zasiadł na tronie wraz z pianiem kogutów ?





Przyjacielu... dziś stajemy razem w kręgu zapomnienia, by tworzyć wspólnie ten świat, który dla nas zaczął swoje życie. Jesteśmy tu... nie tylko dla innych, spragnionych, czytelników, którzy chcą liznąć odrobinę poezji, czy spojrzeć na twory związane z Photoshopem... nie jesteśmy tu po to, aby się pokazać, czy też w jakikolwiek sposób starać się wywyższyć ponad innych, szarych ludzi... Jesteśmy tu dla siebie. Po to, by kształcić swoje talenty, poglądy i... dzielić się nimi.

Czy temu podołamy? Czas pokaże. Nasze miejsce na tym skrawku przestrzeni internetowej w każdej chwili może zostać zwolnione dla innych, tak jak sam zauważyłeś.

Lecz z momentem włożenia żelaznego hełmu i ujęcia w dłonie przygotowanego oręża nie ma odwrotu. Marsz odbędziemy, niczym starożytni Spartanie idący ku hordom perskich najemników. Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. O swoją tożsamość i własne zamiłowania. Jedynie Bóg może wiedzieć, czy runiemy z impetem na ziemię, przebici tysiącem strzał, czy też obronimy wąwóz przed nacierającym przeciwnikiem.
Amen.


„Stop...tył...lewo...przód”

Powiedzmy, że Tego wątku nie było
Gwiazd biednych za nogi nie szarpałem
Ani nie wgryzłem się w ławicę kul
Miotanych dzielnie przez bożka strzelbą
(Albowiem łuki zniszczono z zapałem)

Niech mnie nie wiodą zapachy
Alabastrowych pytań o poranku
Czy ja, czy ty, czy to jest przyjaźń ?
Nadziejo!...warto by skończyć tą tułaczkę

Bo teraz trzeba spać nam i milczeć
I milczeć...zasypiać w przegniłych wzrokach
A dom niech będzie surową doliną
Otoczoną bardzo zmiennymi prądami

Błagam! niech skaliste, iskrzące brzegi
Naszych klifów promienieją, że czuć będzie lato!
Lato!...tysiące robaczków poczuliśmy przeszywających
skrępowane nicością stopy.
A potem wspięły się wyżej....
Te same, pracowite mrówki naszych czasów .