środa, 7 maja 2008

Nasze życie, nasz cel, nasza iluzja




Wyobraź sobie, że stawiasz swoje pierwsze kroki na tej lub innej planecie z grawitacyjnym zakazem i przykazaniem walki. Walki od samego początku, od zarania swojego jestestwa, momentu ujrzenia nierównych kształtów i dziwnych spojrzeń kierowanych wciąż z tym samem zakrzywieniem o kształcie przypominającym banana.
A teraz po raz drugi spróbuję pobudzić sferę twojej wyobraźni. Mianowicie chciałbym abyś potraktował, drogi czytelniku, wierzenie jako własnie ruch powoli raczkującego niemowlaka. Do tego posłużą ci obrazy wyjęte z namacalnego i obciekającego materią świata. Tak więc przenosisz się na dywan, na którym to nie ma nic prócz twojego nieco pulchnego ciała, które tak przeszkadza Ci w podróżowaniu, zaczepianiu kota czy zdejmowania sztućców ze stołu. Jesteś sam na tym jakże niezrozumianym świecie i choćby próby twoje wykraczały daleko poza sferę przyzwoitości i tak wiesz, że nie jesteś jeszcze w stanie pojąć znakomitych tajników przyrody. Tu i teraz nawet najłatwiejsze wzrory matematyczne stanowią dla Ciebie nie lada problem, a bądź pewien, że za parę lat sytuacja nie ulegnie znacznej zmianie.
Skoro więc zajrzeliśmy do środka nie ludzkich rozmiarów pokoiku dziecięcego, możemy pokusić się o analizę twoich pierwszych, nieśmiałych uczuć. Na pewno wiesz, że musisz stale podążać za celem, przy świadomości opuszczenia przez jakiekolwiek siły, stanowisz jedno i twoją siłą jesteś Ty…ale czy na pewno?
Czy na pewno pozbawiony jesteś ingerencji ? a czy ta łaskawa moc ma na Ciebie jakąś odbitkę w psychice i postępowaniu ?
Bodźcem, ale tym ograniczonym, są dla małej rozkosznej dzieciny jego opiekunowie. Widzisz ich podczas zabawnego wyrywania główki pluszowego misia. Ciebie to bawi ,ale oni krzyczą, ładne buzie nagle zamieniają się w deszczowy sztorm podczas trudnych do zrozumienia sytuacji. Koniec końców prowadzą Cię za rękę. W kim mógłbyś oprzeć swoje zaufanie jak nie w tych spracowanych dłoniach ojca i jedwabiście gładkich rączkach mamusi.
Tymczasem porzuć nadzieję na rozwikłanie najprostszych elementów , takich jak miłość, wiedza. Co prawda posiadasz przeczucie bycia kochanym podczas słodkich popołudni, gdy do snu tulą Cię nieprzemijające buziaki. Dla ciebie definicją miłości są właśnie takie niezobowiązujące pocałunki. Tuż po wyrwaniu się z tej codziennej rutyny jaką jest dla Ciebie marnujący czas, sen, sięgasz na palcach słoika z ciasteczkami. I kolejny raz z przykrością odsuwasz tą próbę na następny dzień, a pamiętaj, że rok minie zanim dosięgniesz do klamki od drzwi, jakże złudnymi mazreniami wyobrażasz sobie przestrzeń wolności jaką jest dla Ciebie duży i przestronny, pełen agresji pokój gościnny.
I jeszcze raz pamiętaj, jesteś sam. Choć o tym nie wiesz, i tak jesteś. Mała zuzia, która podczas zabawy na piaskownicy złapała cię za główkę, dzisiaj siedzi i potulnie zbiera piasek dla innego chłopca budującego zamek.
Po czasie pojawia się u Ciebie myśl : „ Jak fajnie byłoby stać się dorosłym i otrzymać klucze do wszelkich pełniejszych doznań”
…………………………………………………………………………………………………....................................

Bowiem istnieją pewne dowody na to, że ludzie dojrzali potrafią się dobrze bawić. Nie muszą codziennie tracić czasu na popołudniową drzemkę a w zamian mają możliwość wyjścia
do kina. W ogóle więcej mogą! Mogą ze spokojem przyjmować trudy codziennego życia, bowiem sięgają do szafek ze słodyczami i znajdują szczęście, przecież nie ma nic lepszego od słodyczy! Mogą nosić co tylko chcą i kochać też mogą! Cóż więcej, chyba jako małe dziecko nie zliczysz możliwości bycia dorosłym! I dobrze, bowiem nie jest ci dane teraz, a dane będzie gdy osiągniesz tego oczekiwanego celu, musisz jeszcze poczekać mieć nadzieję.

Teraz powróć do rzeczywistości, już nie jesteś dzieckiem. Ale gdybyś nim był, byłbyś dokładnie tym czym jesteś teraz. Tak, nie łudź się, wcale nie jesteś dużym, odważym człowiekiem o mocnych ideałach i postanowieniach. Jesteś dzieckiem wędrującym w ciemnościach i zasypiającym za dnia.
Jedyne co określa twoją tożsamość to wiara, bo w coś wierzyć musisz. Czym dla Ciebie jest dobry wybór ? Dla mnie jako małego, nieco wychudzonego dziecka tym wyborem jest dorosłość opisana wcześniej. Teraz puenta tak bardzo oczekiwana, dorosłość to życie chrześcijanina otwierające możliwość życia z Bogiem.





P.S : Muzyka, tą którą być może puściłeś to Sigur Rós - "Viotrar vel til lofta'ra'sa"
Zapraszam do darmowego pobierania mojego kolejnego[a pierwszego na tym blogu] mini tomiku poezji pt " poezja iluzjonistyczna". Znajdziecie go po prawej stronie.
Tymczasem...trzymajcie się ciepło!

poniedziałek, 5 maja 2008

Wysłuchaj melodii, przeczytaj me słowa

Drogi czytelniku! Nastaw głośniki, włącz ową muzykę, wsłuchaj się w każde jej brzmienie, a zwłaszcza w słowa. Czytaj ze spokojem, pochłaniaj każde kolejne słowo, gdyż wszystkie słowa zawarte w tej historii są istotne, każde symboliczne, każde znaczące.





Bowiem dziś mam Tobie do opowiedzenia niedawne dzieje pewnego człowieka, który błądził, a znalazł się, nie widział, a uwierzył, nienawidził, a jednak pokochał. Jest to historia prosta a zarazem zawiła. Łatwa do zinterpretowania, jednak trudna do zrozumienia.

Był to człek młody, dojrzewający, rzekłbym wręcz, w stadium przełomowym. Wierzył w istnienie, acz nie wierzył w działanie. Odpychał, zbywał, ignorował. Żył własnym życiem, szedł własną ścieżką wydeptaną przez innych takich jak on. Nie dbał o siebie, lecz o całą resztę. Był ateistą, jednocześnie istniejąc jako altruista. Wielu mu powtarzało „weź się za siebie, nie dbaj o innych”. On myślał inaczej, nie dbał o swoje zdrowie, życie chwilami nawet nie miało dla niego znaczenia. Ratował z opresji, doradzał w kryzysowych sprawach, podnosił na duchu, jednak sam stał w kropce i nie potrafił wyjść. Czuł pustkę w sercu, czuł braki w miłości, niedosyt w przyjaźni, mglistość w przyszłości i zaniedbanie w samym sobie.

W chwili, gdy ledwo wyczuwał własny puls zstąpił pierwszy Anioł do niego. Ukazał mu się owego wczesnego lata, roku dwa tysiące sześć. Wtedy też poczuł coś, czego nigdy określić w pełni nie mógł. Owy ciemnowłosy, niebieskooki Anioł pokazał mu zupełnie inny, odmienny... lepszy świat. Świat, gdzie ludzie radowali się, wołali do niebios „Abba!”, krocząc ścieżką wyłożoną białym puchem. Tak prostą, a tak krętą. Jednak owi ludzie przy Czyjejś pomocy z łatwością stawiali kolejny krok. Mówili mu „wierzę w Niego” i pokazywali mu na człowieka przybitego do krzyża. On był jednak niedowiarkiem, chciał zobaczyć, chciał dotknąć i poczuć. Po krótkim czasie nastały chwile zwątpienia, chwile, w których on zastanawiał się nad tym, czy nie robi źle krocząc białą drogą ubrany w czarne odzienie. Chwile te także mijały, jednak w owej huśtawce nastrojów Abba uznał, iż czas próby nadchodzi. Anioł spełnił swoje zadanie i odszedł gwałtownie, zostawiając za sobą tysiące pytań bez odpowiedzi. Młodzieniec skrył się za strachem, bólem i gniewem, uciekając od radości, uciekając od Ojca. Szarpał się z Czarnym Panem, raniąc swe serce, grzebiąc swą nadzieję, niszcząc swą wiarę. Zniknęła równie gwałtownie, jak się pojawiła.

Abba... Ojciec... uznał wtem, iż nie zostawi młodzieńca w samotności, jaka jego ogarniała. W krótko po pierwszym, zstąpił Anioł drugi. Białogłowy, zielonooki, przepełniony nadzieją i wiarą. On był wypełnieniem zbłądzonego. On zaprowadził go znów na ścieżkę, mówiąc „patrz! Idź w stronę Ojca, a On sprawi, że będziesz żył wiecznie! Uwierz! Bowiem Jego syn umarł za ciebie na krzyżu, by uratować cię przed cierpieniem i doprowadzić do Światłości Ojca!”. On nie był już taki uległy, jak przy pierwszym zstąpieniu. Życie ukształtowało jego charakter. Nie chciał się łamać, bowiem strach ogarniał go, gdy myślał o utracie drugiego Anioła. Białogłowy jednak nie poddawał się. Głosił dobrą nowinę prosto do serca młodzieńca.
Wtedy, dnia pięknego, gdy słońce górowało na niebie, on zgodził się pójść do Ojca i złożyć mu wizytę w świątyni na Świętej Mszy. Jednak Anioł nie wiedział do końca, jaki plan Stwórca ma dla młodego.
Kościół był opustoszały, a w nim modliły się w ciszy jedynie duchy, niewidzialni aniołowie, a w górze mali lokatorzy z lekkością trzepotały skrzydłami. Weszli do świątyni, choć on bał się każdego jej skrawka. Przysiedli w ławce, a Anioł zaczął rozmawiać z Ojcem. Wtedy młodzieniec uznał, że najwyższy czas zrobić to samo. Spróbował. Odezwał się, zapytał i został wysłuchany. Modlił się długo, gdy Anioł powiedział, że mogą już wyjść. Wtedy, owego popołudnia, zstąpił Syn Ojca do jego serca i ożywił je, już od dawien martwe. Młodzieniec padł na kolana i krzyczał w duchu, roniąc łzy na czerwony dywan świątynny. Anioł był wzruszony, dokonał swego dzieła i odnowił wiarę w tym, który wątpił. Wtedy Ojciec nakazał Aniołowi być przy młodzieńcu, dopóki On nie uzna, iż czas drugiej próby nadchodzi.
Mijały dni, tygodnie i miesiące, a młodzieniec wierzył z każdym dniem coraz silniej. Kochał, choć nie widział swej miłości. Wierzył w nią i był kochany przez Ojca. Wypełnił swoje serce, zaznał miłości i przyjaźni, rozwiał wątpliwości związane z przyszłością i miał kogoś, kto dbał o niego.

Ale nie na tym polegał Ojcowski plan. Bowiem końcowych dni marca roku dwa tysiące osiem Ojciec uznał, iż czas na drugą próbę nadszedł. Anioł więc, po kilku miesiącach trwania przy młodzieńcu, odszedł gwałtownie, zostawiając za sobą tysiące pytań bez odpowiedzi. Młodzieniec jednak wiedział już do kogo się zwrócić, by poznać to, co go trapi. Modlił się więc, rozmawiał z Ojcem , pokładał w Nim nadzieję.

Dziś? Jest jednym z was, siedzi właśnie w fotelu i głosi swoje świadectwo. Bowiem jego przyjaciel powiedział kiedyś „ty jesteś żywym dowodem na działalność Ojca”. Owego miesiąca maja, dnia piątego poczuł on potrzebę podzielenia się swoją historią z innymi, którzy potrafią uwierzyć, nie pokładając nadzieji w tym, co widzą, słyszą i czują, ale którzy zostali obdarowani szczególnym darem. Darem, dzieki któremu widzą wyższe wartości... wierzą w życie po śmierci. Są świadomi tego, że ich życie kiedyś przeminie i nie łudzą się nieśmiertelnością, podczas gdy wszyscy dookoła umierają z chwili na chwilę.
Drogi czytelniku, jeżeli tej historii nie rozumiesz i nie wierzysz w jej przesłanie, nie wstydź się... Ojciec kocha także i Ciebie i wkrótce przyjdzie, by rozświetlić Twoją ścieżkę.

Amen.

niedziela, 4 maja 2008

Zjawa w teatrze.

Podpatrzywszy notkę Karola związana luźnymi nitkami z wiarą, pozwolę sobie na krótką i ogólną relacje z pewnego spotkania, jakie miało miejsce dziś rano.

Wraz z budzikiem koło godziny 7:30 otworzyłem oczy i spoglądając na zegarek w komórce zorientowałem się, że czas... cholera jasna... przecież przedstawienie jest na 9:45. No niee... Mogłem spać jeszcze co najmniej godzine. Głupi ty. No więc, zorientowałem się, że czas przełożyć termin pobudki na 8:30 i położyłem się z powrotem spać. Godzina snu i znów ten sam irytujący dźwięk. Wstałem, umyłem się, ogarnąłem, zjadłem (śniadanie, nie „się”), wyprostowałem kości i włosy, po czym wyruszyłem w nieznane... no dobra, ku konkretnemu celu... mianowicie, do kinoteatru Iławskiego, gdzie odbywało się końcowe spotkanie młodzieży oblackiej, z takowo zwanej „Niniwy”.
Jest to młodzież katolicka z wielu miejsc Polski, połączona tym, iż zdobywają, utrzymują i poszerzają swe horyzonty wiary za pośrednictwem Misjonarzy Oblatów.

Po długiej i mozolnej wędrówce przez pół miasta, przekroczyłem wreszcie próg naszego przecudnego, odpicowanego kinoteatru by, na pierwszym planie, zauważyć tłum ludzi szwędających się bez celu po całym holu. Stanąłem więc przy drzwiach, oparłem o ścianę i czekałem cierpliwie, aż coś się ruszy. Po kilku dłużących się chwilach nareszcie wrota do sali kinoteatru zostały otwarte.
Wszyscy bywalcy odnaleźli swój cel i zaczęli masowo do niego schodzić. Mimo iż byłem gdzieś w przedzie tłumu, jak tylko wszedłem na salę, zorientowałem się, że co najmniej 3 / 4 siedzeń już są zajętę. Przycupnąłem na pierwszym lepszym wolnym fotelu, tuż obok jednego z księży i przewędrowałem wzrokiem przez całą salę, szukając jakiegoś konkretnego punktu zaczepienia. Chwilami czułem się jak jakiś podrzędny reporter, który dostał zadanie zredagować zjazd młodzieży, a raczej jego ostatnie podrygi.
Starałem się być wyczulony na wszelki detal, który możnaby znaleźć w owym rozpoczęciu... ot co, dla przykładu non stop ktoś obserwował mnie i innych ludzi z sali, stojąc za kulisami i uchylając odrobnę zasłony, w przekonaniu, że nikt nie widzi.

Pierwszy głos zabrał ojciec Damian. Krótki wstęp, modlitwa... zaczyna się. Pierwsi wychodzą prowadzący, którzy spełniają to, co do nich należy... czyli wprowadzają wszystkich przybyłych w nastrój refleksji, starając się nastroić odpowiednio umysły każdego z osobna tak, by w pełni odebrali przesłanie scenki.
Ogień i Woda, bo tego tyczyła się owa scena, to dwa żywioły, które tkwią w człowieku, a także zostały nam dane od Boga, by „oczyszczały nasze dusze splamione grzechem”. Anyway, po krótkim wprowadzeniu na scenę wchodzi wielki (no... taa...) zasłonięty od stóp po czubek głowy ciemnym płaszczem, człek. Pierwsze moje skojarzenie związane było z szatanem, diabłem... ale nie.
Otóż spod tego płaszcza wyłania się dziewczyna, ubrana w czerwono-czarny strój, poszarpany, symbolizujący płomienie i gorący żar ognia. Krzyczy, wrzeszczy wręcz, przedstawiając furię w jakiej się znajduje... przez chwilę myślałem, że opętana jest dziewczyna... ot co... tak chyba to wyglądać miało, bo drugie dziewcze, które wyłoniło się spod narzuty, było kontrastowo przedstawione. Chłodne, niebiesko-białe kolory stroju, łagodność i spokój. Sięgała gdzieś wysoko dłońmi, jakby chciała chwycić niewidzialną rękę, która ją poniesie do nieba. Zniknęła, jak poprzedniczka. Mój symbol szatana ulotnił się za zasłony, a tuż za nim wyszli prowadzący. Pare słów wyjaśniających i, jakby nie patrzeć, przedstawiających nas, ludzi, w różnorakim świetle.

Czas na występ Ognia, który poprzedzony został symbolicznym podpaleniem zapałki. Łukasz nieźle się spisywał w swojej roli, zwłaszcza w drugiej części, ale o tym za chwilę.

Zasłony rozsunęły się mozolnie, a z dużych bocznych kolumn rozbrzmiała dość ciężka, rytmiczna muzyka. „Płomyki”, tak nazwijmy przedstawicieli Ognia, rozbiegli się po całej scenie, tańcząc, wykonując wszelkiego rodzaju wyzywające ruchy, miejscami przeplatane [skromnie] widowiskowymi wyczynami trzech panów akrobatów. Przekaz był prosty. Ogień symbolizował gwałtowność, żar, furię. Napewno znacie określenia typu „ogień mu z uszu buchał”, gdy mówicie o kimś rozzłoszczonym.
Gwałtowność ruchów, muzyka i poszczególne „części” tańca były dosyć dobrze zorganizowane, acz popracowałbym jeszcze nad synchronizacją. Jednakowoż rzecz ujmując, bądźmy szczerzy, nie ma rzeczy doskonałych, spektakl Ognia dobiegł końca. Czas ostudzić towarzystwo, występ Wody w drodze.

Także poprzedzony symboliczną scenką przelewania wody przez Łukasza... (nah, to było genialne) spektakl rozpoczął się łagodnym wstępem szepczącej po całej sali muzyki instrumentalnej. Owy kawalek wpowadził mnie w jakiś dziwny stan, którego określić na dzień dzisiejsy nie mogę, ale nie o tym, przejdźmy dalej.
Panowie i panie „Kropelki” zaczynali swój taniec od zgromadzenia sie w kółku, po którym to rozstawiwszy się po całej sali, podobnie jak Ogień, przeszli do ekspresji własnych uczuć. Spokój, zrównoważenie i opanowanie ogarniało widza (a bynajmniej mnie) od dołu, po samą górę. Kilka prostych ruchów tanecznych, a tak wiele potrafi przekazać. Występ nie ograniczał się jednak do machania rękoma i nóżkami. Wszelkie gwiazdy, szpagaty, czy stójka „na baletnice” także były obecne. Koniec, chwila spokoju, która pozwoliła mi choć na chwilę odwrócić wzrok gdzieś, gdzie mogłem się opanować.

Jak tylko wróciłem do poprzedniego stadium własnych emocji, przyszedł czas na ostatni akt, czyli połączony taniec Ognia i Wody. Krótko i zwięźle – był krótki i prosty... no... Przedstawienie walki Wody z Ogniem, symboliczne szarpanie, popychanie siebie wzajemnie... świetna sprawa, jak zna się ogólne przesłanie przedstawienia. Ot co, wtedy mój jakże [nie]trafnie wytypowany kandydat na diabła krzyczy „STOP!”... spod czarnego płaszcza wyłania się Rafał. I tu wszechobecny czar zła, jaki emanował spod jego płaszcza, prysł. Albowiem zaprawdę powiadam wam, pod tym ciemnym skrawkiem materiału skryty był zwykły człowiek, w którym burzą się dwa żywioły – ogień i woda, nieustannie walcząc ze sobą, zcierając się w niekończącej się wojnie.

Wraz z magicznym „stop” nastała chwila ciszy, a w głośnikach tuż po paru sekundach rozbrzmiał dźwięk znanego saksofonu... niech to szlag. Stary dobry przyjaciel, którego poznałem w grudniu tamtego roku... Kenny G. Serce zabiło mi silniej, a w oczach mimowolnie pojawiły się łzy, przez które, niczym pokaz slajdów, widziałem całą Wigilię, wszelkie detale, ten pokój, tą ciemność i Silent Night w wykonaniu powyższego artysty. Spojrzałem w dół, dostrzegając „pana tatę”, siedzącego na pierwszym stopniu... Dobra koniec, bo odbiegam od tematu.
Przyszedł czas na zjednoczenie dwóch kontrastowych żywiołów, których „zjednoczycielem” (nie wiem, czy takie słowo istnieje ale raz się żyje... ekhm) jest właśnie człowiek, ten w którym nastaje pokój, po długoletniej wojnie, w której straty ponosimy my. Wiara, szczęście, radość, wszelkie inne pozytywne uczucia są wymywane wraz z przelaną „krwią”. To już moja własna, indywidualna interpretacja owej scenki... jak miało być, nie wiem. Mówią, że Biblie każdy interpretuje na swój sposób. Scenki więc też można.

Zjednoczenie dobiegło końca, a taniec z nim związany rozwiał we mnie wątpliwości, przepędził strach i uspokoił zmysły.

Koniec, brawa, owacje na stojąco, dwa ukłony, rakieta i w nogi. Tuż po podziękowaniach dla Boga, ojców oblatów, młodzieży, pani mamy i pana taty, zdałem sobie sprawę z tego, że przesiedziałem tu nazbyt długo. Przy pierwszej możliwej okazji, jak na Evil Angel przystało, chwyciłem się jednego z księży i ulotniłem swą skromną obecność.

Niechże ta krótka i jakże niepełna relacja będzie podziękowaniem dla osób, które mnie tam zaprosiły.


PS. Ojciec Damian jest niezastąpiony... :D
"Chodź tu Krzysiu, powiedz im coś mądrego, co ich ruszy, ja ide siku." - przez mikrofon, przed liczącą ok. 200 osób widownią.

Tymże akcentem kończem swe wywody. Peace and love.

czwartek, 1 maja 2008

A Spell A Rebel Yell

Całkiem niedawno nosiłem się z zamiarem napisania notki o wierze, ale o sprawach czysto polemicznych typu : jak interpretować Biblię, itp.
I wiecie co się stało ? - zrozumiałem, że do niektórych spraw warto podchodzić na chłodno, że pradawne dogmaty to nie tylko kodeks praw moralnych obowiązujących gdzieś w przeszłości. Dzisiaj nie wrócę do zadawanego sobie po krocie pytania i wymowę przykazań św. Pawła i nie godzien jestem interpretować definicji małżeństwa, ja ją akceptuję.
No tyle...wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Wtajemniczeni to znaczy ci z Was, którzy trochę znają Biblię. Reszta, czyli ogromna większość i tak ma wyrobione swoje zdanie na temat związków homoseksualnych, dziewictwa a może nawet eutanazji[bo wątpię czy tak na prawdę ktokolwiek świadomie i konsekwentnie potrafi opowiedzieć się za jedną ze stron].

Nie mniej jednak przechodzę teraz do meritum mojego przewodu myślowego v. beta[niestety]
i tak :
1.Dzisiaj wygrałem kubek...pomarańczowy i szalik...za ciężkie guldeny wyprodukowany a nie opchnięty ani tam ani nawet u rajchów.
2.Bolą mnie palce od permanentnego uderzania w kozią skórę wywaloną na drewienku jak gacie na balkonie.
3.Pana Miecia przepraszamy za karygodną ingerencję w garażu i za to, że zabraliśmy drabinę bez pozwolenia...przynajmniej cholera ławek nie rozwaliliśmy.

Trochę kontrastowo, a mało tego rozważam zmianę koloru moich postów na pomarańczowy, bo mam balony i śmigających holendrów przed oczyma non stoper i obawiam się Mathew że to będzie tak jak twoja autostrada...

Btw : Z serii porady spadochroniarza polecam dziś pierwszy odcinek
Marek[Elbląg] : "Co zrobić panie gdy podczas spaceru zimno?"
-Trza trzymać palce prosto w kieszeni.



PS : Dobrze to dla was drodzy nieświadomi że rychło przedstawiłem wam mój zagmatfany tok myślenia.
...No może nie zawsze

PPS : ten sam Marek z Elbląga mówi że jest impreza !
[chór napalonych dyskodzieci] : "Umcycy Umcycy Umcycy Umcycy"

PS[ostatni] : to przynajmniej wam porządne klipy wrzucę. Peace





Put me to sleep, Evil Angel.

Podążąjąc za poradą Karola, umieszczam tu krótki fragment z opowiadania, które już dawno temu zakończyłem (a pisalem rok, może nawet dwa lata temu, nie pamiętam i nieważne). Składa się ono z 5 odcinków i łącznie ma około 60 stron... Oto fragment pierwszego "odcinka".


Episode one: The beginning.


Ranek, wyczekiwany od dawna dźwięk budzika - jest punkt 7:00. Zack powoli wygramolił się z dużego, dwuosobowego lóżka i wcisnął mały przycisk na elektronicznym budziku. Był drugi września 2007 roku. Za oknem było jeszcze gorące lato, termometr przyczepiony do szyby wskazywał 27 stopni. Z czasem jeszcze temperatura wzrośnie.

"Już czas do szkoły" - pomyślał. Zack był wysokim, z budową ciała niemalże atlety, szesnastoletnim chłopcem. Wchodząc do łazienki spojrzał w lustro i odgarnął ciemne, długie włosy, które opadały mu na jaskrawo-zielone oczy. Odkręcił zimną wodę z kranu, nabrał trochę w dłonie i przemył ją twarz.
- Ach.. Od razu lepiej - powiedział sam do siebie łapiąc za biały ręcznik i wycierając nim twarz. Po tym umył zęby, ubrał się w czarną koszulkę z kołnierzem i trzema rozpiętymi guzikami, wciągnął ciemno-zielone bojówki i do bocznej kieszeni włożył czarny telefon z klapką.

W kuchni było jak zwykle pusto. Niebieski kolor ścian nadawał jej zarazem chłodny jak i przytulny nastrój. Zack włożył trzy kiełbaski do mikrofalówki i ustawił czas na jedną minutę, po czym wyjął z lodówki ketchup w plastikowej butelce. Z szuflady obok zlewu wyciągnął widelec i nóż drugą ręką wyciągając z chlebaka trzy kromki czarnego chleba.
Mikrofalówka zaczęła dawać znać o świeżo podgrzanych kiełbaskach z chilli, które jako jedyne były w lodówce prócz ketchupu i małego niebieskiego pudełeczka z wczoraj już zrobioną kanapką do szkoły.
Koło 7:15 Zack był już syty i gotowy do szkoły, wyciągnął z lodówki starannie zapakowaną w srebrnawą folie aluminiową kanapkę i włożył ją do dolnej kieszeni czarnego plecaka Nike.
Spoglądając na zegarek zaczął rozmyślać, co by tu jeszcze zrobić.. Przecież szkoła jest niedaleko a jest dopiero 7:16. Rozmyślając tak przeszedł do swojego pokoju, w którym było biurko z rozłożonym i włączonym laptopem, małą, czarną lampką i jednym zdjęciem włożonym w kosztowną, drewnianą oprawkę ze złotymi ozdobami. Na starym zdjęciu widniała dziewczyna, 10 letnia, z czarnymi, długimi włosami i przepięknymi niebieskimi oczami. Zack złapał za zdjęcie i położył się na łóżku.
- Ech... Ciekawy zbieg okoliczności Elie - mówił do zdjęcia - Dlaczego pojawiasz się w moim życiu w najmniej spodziewanej chwili?

Chłopiec przeleżał tak jeszcze kilka minut, kiedy zorientował się, że już za piętnaście ósma. Zerwał się energicznie z lóżka, złapał za portfel i wrzucił go do drugiej kieszeni w spodniach, klucze i plecak. Sprawdził jeszcze czy we wszystkich pomieszczeniach są powyłączane urządzenia, wyłączył laptopa i wyszedł z domu zamykając go na klucz.
Zbiegając ze schodów piętrowca spotkał panią Gene.
- Dzień dobry! - krzyknął odruchowo mało co nie wpadając na staruszkę.
- Dzień dobry, Zack. Już do szkoły? - odpowiedziała.
- No! Pierwszy dzień! - krzyknął chłopiec.

Pani Gene usłyszała tylko trzask drzwi od klatki. Uśmiechnęła się do siebie i zaczęła wspinać po schodach. Była to niska staruszka o zielonych oczach i siwych włosach opadających jej na ramiona. Mimo wieku miała wciąż swój kobiecy urok i wyglądała na dość młodą kobietę jedynie z pomalowanymi włosami na szaro.

Zack biegł przez jakiś czas aż dotarł do mostu nad jeziorem, które dzieliło jego osiedle od miasta. Na przeciwko była już widoczna szkoła - Liceum Ogólnokształcące, jedna z trzech szkół średnich w Wilmington, małym miasteczku liczącym nieco ponad 30 000 mieszkańców. Wilmington było spokojnym miastem o własnym uroku i przepięknych krajobrazach wzgórz, jeziora i doliny, przez którą wiodła droga międzymiastowa prowadząca do Cincinnati. Zack dotarłszy do szkoły rozejrzał się po podwórzu, po którym przechadzały się inni uczniowie czekający na pierwszy dzwonek. Tuż przed nim pojawił się Maxwell Silven, jego nowy kolega z klasy. Max podszedł do niego.

- Cześć - powiedział Zack uśmiechając się łagodnie do Maxa stojącego obok.
- Siema - odpowiedział. Silven był ubrany w firmowe jeansy z Lee i granatowy t-shirt. Na prawym ramieniu wisiał brunatny plecak z masą kieszeni i białą naszywką pantery. – Zack prawda?
- Tak, chodzimy do tej samej klasy.
- Super.. Fajne buty, gdzie kupiłeś? - zapytał z zaciekawieniem Max, spoglądając na czarne adidasy z białymi pasami i tego samego koloru sznurówkami opadającymi na brukowany chodnik prowadzący do wejścia szkoły.
- Dzięki. Kupiłem je niedaleko w sklepie sportowym, jak chcesz to możemy się po szkole wybrać do niego i sobie pooglądać. Może jakieś Tobie wpadną w oko i sobie kupisz? - zaproponował Zack.
- Czemu nie? Byłoby świetnie - odpowiedział zachwycony pomysłem Max.

Dwójka chłopaków weszła do środka. Główny korytarz poprzedzała swoista weranda z betonowymi schodami, po prawej stronie od wejścia było pomieszczenie woźnego, z którego można było obserwować wszystkich ludzi, którzy wchodzili bądź wychodzili ze szkoły. W pomieszczeniu siedział niski, siwo włosy mężczyzna z brodą i wąsami tego samego koloru. Do granatowej koszuli była przyczepiona plakietka: „Woźny: Graham Jones”. Jego okrągłe, jasno-niebieskie oczy dawały wrażenie, że jest miłą i dobrą osobą.
Zack kiwnął głową na znak przywitania. Uprzejmość odwzajemnił woźny, także skinąwszy głową.

Obydwaj uczniowie wbiegli po schodach i weszli przez szerokie, białe drzwi.
Korytarze były wąskie jednak wysokie, na rogu każdego z nich, tuż przy suficie była usytuowana kamera chroniąca bezpieczeństwa zarówno na przerwach jak i na lekcjach.

- Mamy lekcje pod salą 71, to na samej górze, chodź! - zaproponował Max. Zack skinął głową i razem z Silven’em weszli na drugie piętro szkoły.

Przed klasą było już koło 20 osób. Większość stanowiły dziewczyny, a wśród nich Zack zauważył znajomą twarz.. Jednak już 6 lat starszą. Dawna jego przyjaciółka, która niestety nie poznała chłopca podczas rozpoczęcia szkolnego. Zack jednak nie zapomniał o niej i odkąd ją ujrzał nie mógł przestać o niej myśleć. Max razem z nim podeszli do klasy i przywitali się z chłopakami. Było ich razem sześciu : Max , Zack , Filip , Wojtek , Danny i Matthew. Jednak na liście widniało jeszcze jedno nazwisko. Jeden z chłopaków nie był na rozpoczęciu szkolnym. Zacka bardzo to zastanawiało mimo to, że jeszcze go nawet nie widział na oczy.


_________________



Od dziś pewna bardzo bliska osoba zaczęła okreslać mnie terminem "Evil Angel"... podsunęła mi także pewną piosenkę, która z owym pojęciem się łączy. Oto i ona:




_________________



Na tym zakończymy dzisiejszą notkę.. Dlaczego? Bo mało miejsca jest...
Anyway, jak zaplanowałem, tak ową "publikacje" zakończe.
Otóż dzisiaj się rozgadałem ze znajomymi na wiele mniej lub bardziej filozoficznych tematów. Przykładem może być owy fragment rozmowy z Martą Sz., z którą to rozmawiałem na temat mojego "zamknięcia" na jakiekolwiek zewnętrzne bodźce wysyłane przez inne osoby. Oto mała scenka z naszej rozmowy:

Marta Red 00:00:25
Mateuszku otwórz się :D
whiteeraven 00:00:45
Aaaaaaa! *wyciąga nóż i rozpruwa sobie klatke piersiową*
whiteeraven 00:00:52
...może być ?

...


Peace and Love [or else].

signed: white raven