
Bowiem dziś mam Tobie do opowiedzenia niedawne dzieje pewnego człowieka, który błądził, a znalazł się, nie widział, a uwierzył, nienawidził, a jednak pokochał. Jest to historia prosta a zarazem zawiła. Łatwa do zinterpretowania, jednak trudna do zrozumienia.
Był to człek młody, dojrzewający, rzekłbym wręcz, w stadium przełomowym. Wierzył w istnienie, acz nie wierzył w działanie. Odpychał, zbywał, ignorował. Żył własnym życiem, szedł własną ścieżką wydeptaną przez innych takich jak on. Nie dbał o siebie, lecz o całą resztę. Był ateistą, jednocześnie istniejąc jako altruista. Wielu mu powtarzało „weź się za siebie, nie dbaj o innych”. On myślał inaczej, nie dbał o swoje zdrowie, życie chwilami nawet nie miało dla niego znaczenia. Ratował z opresji, doradzał w kryzysowych sprawach, podnosił na duchu, jednak sam stał w kropce i nie potrafił wyjść. Czuł pustkę w sercu, czuł braki w miłości, niedosyt w przyjaźni, mglistość w przyszłości i zaniedbanie w samym sobie.
W chwili, gdy ledwo wyczuwał własny puls zstąpił pierwszy Anioł do niego. Ukazał mu się owego wczesnego lata, roku dwa tysiące sześć. Wtedy też poczuł coś, czego nigdy określić w pełni nie mógł. Owy ciemnowłosy, niebieskooki Anioł pokazał mu zupełnie inny, odmienny... lepszy świat. Świat, gdzie ludzie radowali się, wołali do niebios „Abba!”, krocząc ścieżką wyłożoną białym puchem. Tak prostą, a tak krętą. Jednak owi ludzie przy Czyjejś pomocy z łatwością stawiali kolejny krok. Mówili mu „wierzę w Niego” i pokazywali mu na człowieka przybitego do krzyża. On był jednak niedowiarkiem, chciał zobaczyć, chciał dotknąć i poczuć. Po krótkim czasie nastały chwile zwątpienia, chwile, w których on zastanawiał się nad tym, czy nie robi źle krocząc białą drogą ubrany w czarne odzienie. Chwile te także mijały, jednak w owej huśtawce nastrojów Abba uznał, iż czas próby nadchodzi. Anioł spełnił swoje zadanie i odszedł gwałtownie, zostawiając za sobą tysiące pytań bez odpowiedzi. Młodzieniec skrył się za strachem, bólem i gniewem, uciekając od radości, uciekając od Ojca. Szarpał się z Czarnym Panem, raniąc swe serce, grzebiąc swą nadzieję, niszcząc swą wiarę. Zniknęła równie gwałtownie, jak się pojawiła.
Abba... Ojciec... uznał wtem, iż nie zostawi młodzieńca w samotności, jaka jego ogarniała. W krótko po pierwszym, zstąpił Anioł drugi. Białogłowy, zielonooki, przepełniony nadzieją i wiarą. On był wypełnieniem zbłądzonego. On zaprowadził go znów na ścieżkę, mówiąc „patrz! Idź w stronę Ojca, a On sprawi, że będziesz żył wiecznie! Uwierz! Bowiem Jego syn umarł za ciebie na krzyżu, by uratować cię przed cierpieniem i doprowadzić do Światłości Ojca!”. On nie był już taki uległy, jak przy pierwszym zstąpieniu. Życie ukształtowało jego charakter. Nie chciał się łamać, bowiem strach ogarniał go, gdy myślał o utracie drugiego Anioła. Białogłowy jednak nie poddawał się. Głosił dobrą nowinę prosto do serca młodzieńca.
Wtedy, dnia pięknego, gdy słońce górowało na niebie, on zgodził się pójść do Ojca i złożyć mu wizytę w świątyni na Świętej Mszy. Jednak Anioł nie wiedział do końca, jaki plan Stwórca ma dla młodego.
Kościół był opustoszały, a w nim modliły się w ciszy jedynie duchy, niewidzialni aniołowie, a w górze mali lokatorzy z lekkością trzepotały skrzydłami. Weszli do świątyni, choć on bał się każdego jej skrawka. Przysiedli w ławce, a Anioł zaczął rozmawiać z Ojcem. Wtedy młodzieniec uznał, że najwyższy czas zrobić to samo. Spróbował. Odezwał się, zapytał i został wysłuchany. Modlił się długo, gdy Anioł powiedział, że mogą już wyjść. Wtedy, owego popołudnia, zstąpił Syn Ojca do jego serca i ożywił je, już od dawien martwe. Młodzieniec padł na kolana i krzyczał w duchu, roniąc łzy na czerwony dywan świątynny. Anioł był wzruszony, dokonał swego dzieła i odnowił wiarę w tym, który wątpił. Wtedy Ojciec nakazał Aniołowi być przy młodzieńcu, dopóki On nie uzna, iż czas drugiej próby nadchodzi.
Mijały dni, tygodnie i miesiące, a młodzieniec wierzył z każdym dniem coraz silniej. Kochał, choć nie widział swej miłości. Wierzył w nią i był kochany przez Ojca. Wypełnił swoje serce, zaznał miłości i przyjaźni, rozwiał wątpliwości związane z przyszłością i miał kogoś, kto dbał o niego.
Ale nie na tym polegał Ojcowski plan. Bowiem końcowych dni marca roku dwa tysiące osiem Ojciec uznał, iż czas na drugą próbę nadszedł. Anioł więc, po kilku miesiącach trwania przy młodzieńcu, odszedł gwałtownie, zostawiając za sobą tysiące pytań bez odpowiedzi. Młodzieniec jednak wiedział już do kogo się zwrócić, by poznać to, co go trapi. Modlił się więc, rozmawiał z Ojcem , pokładał w Nim nadzieję.
Dziś? Jest jednym z was, siedzi właśnie w fotelu i głosi swoje świadectwo. Bowiem jego przyjaciel powiedział kiedyś „ty jesteś żywym dowodem na działalność Ojca”. Owego miesiąca maja, dnia piątego poczuł on potrzebę podzielenia się swoją historią z innymi, którzy potrafią uwierzyć, nie pokładając nadzieji w tym, co widzą, słyszą i czują, ale którzy zostali obdarowani szczególnym darem. Darem, dzieki któremu widzą wyższe wartości... wierzą w życie po śmierci. Są świadomi tego, że ich życie kiedyś przeminie i nie łudzą się nieśmiertelnością, podczas gdy wszyscy dookoła umierają z chwili na chwilę.
Drogi czytelniku, jeżeli tej historii nie rozumiesz i nie wierzysz w jej przesłanie, nie wstydź się... Ojciec kocha także i Ciebie i wkrótce przyjdzie, by rozświetlić Twoją ścieżkę.
Amen.