niedziela, 4 maja 2008

Zjawa w teatrze.

Podpatrzywszy notkę Karola związana luźnymi nitkami z wiarą, pozwolę sobie na krótką i ogólną relacje z pewnego spotkania, jakie miało miejsce dziś rano.

Wraz z budzikiem koło godziny 7:30 otworzyłem oczy i spoglądając na zegarek w komórce zorientowałem się, że czas... cholera jasna... przecież przedstawienie jest na 9:45. No niee... Mogłem spać jeszcze co najmniej godzine. Głupi ty. No więc, zorientowałem się, że czas przełożyć termin pobudki na 8:30 i położyłem się z powrotem spać. Godzina snu i znów ten sam irytujący dźwięk. Wstałem, umyłem się, ogarnąłem, zjadłem (śniadanie, nie „się”), wyprostowałem kości i włosy, po czym wyruszyłem w nieznane... no dobra, ku konkretnemu celu... mianowicie, do kinoteatru Iławskiego, gdzie odbywało się końcowe spotkanie młodzieży oblackiej, z takowo zwanej „Niniwy”.
Jest to młodzież katolicka z wielu miejsc Polski, połączona tym, iż zdobywają, utrzymują i poszerzają swe horyzonty wiary za pośrednictwem Misjonarzy Oblatów.

Po długiej i mozolnej wędrówce przez pół miasta, przekroczyłem wreszcie próg naszego przecudnego, odpicowanego kinoteatru by, na pierwszym planie, zauważyć tłum ludzi szwędających się bez celu po całym holu. Stanąłem więc przy drzwiach, oparłem o ścianę i czekałem cierpliwie, aż coś się ruszy. Po kilku dłużących się chwilach nareszcie wrota do sali kinoteatru zostały otwarte.
Wszyscy bywalcy odnaleźli swój cel i zaczęli masowo do niego schodzić. Mimo iż byłem gdzieś w przedzie tłumu, jak tylko wszedłem na salę, zorientowałem się, że co najmniej 3 / 4 siedzeń już są zajętę. Przycupnąłem na pierwszym lepszym wolnym fotelu, tuż obok jednego z księży i przewędrowałem wzrokiem przez całą salę, szukając jakiegoś konkretnego punktu zaczepienia. Chwilami czułem się jak jakiś podrzędny reporter, który dostał zadanie zredagować zjazd młodzieży, a raczej jego ostatnie podrygi.
Starałem się być wyczulony na wszelki detal, który możnaby znaleźć w owym rozpoczęciu... ot co, dla przykładu non stop ktoś obserwował mnie i innych ludzi z sali, stojąc za kulisami i uchylając odrobnę zasłony, w przekonaniu, że nikt nie widzi.

Pierwszy głos zabrał ojciec Damian. Krótki wstęp, modlitwa... zaczyna się. Pierwsi wychodzą prowadzący, którzy spełniają to, co do nich należy... czyli wprowadzają wszystkich przybyłych w nastrój refleksji, starając się nastroić odpowiednio umysły każdego z osobna tak, by w pełni odebrali przesłanie scenki.
Ogień i Woda, bo tego tyczyła się owa scena, to dwa żywioły, które tkwią w człowieku, a także zostały nam dane od Boga, by „oczyszczały nasze dusze splamione grzechem”. Anyway, po krótkim wprowadzeniu na scenę wchodzi wielki (no... taa...) zasłonięty od stóp po czubek głowy ciemnym płaszczem, człek. Pierwsze moje skojarzenie związane było z szatanem, diabłem... ale nie.
Otóż spod tego płaszcza wyłania się dziewczyna, ubrana w czerwono-czarny strój, poszarpany, symbolizujący płomienie i gorący żar ognia. Krzyczy, wrzeszczy wręcz, przedstawiając furię w jakiej się znajduje... przez chwilę myślałem, że opętana jest dziewczyna... ot co... tak chyba to wyglądać miało, bo drugie dziewcze, które wyłoniło się spod narzuty, było kontrastowo przedstawione. Chłodne, niebiesko-białe kolory stroju, łagodność i spokój. Sięgała gdzieś wysoko dłońmi, jakby chciała chwycić niewidzialną rękę, która ją poniesie do nieba. Zniknęła, jak poprzedniczka. Mój symbol szatana ulotnił się za zasłony, a tuż za nim wyszli prowadzący. Pare słów wyjaśniających i, jakby nie patrzeć, przedstawiających nas, ludzi, w różnorakim świetle.

Czas na występ Ognia, który poprzedzony został symbolicznym podpaleniem zapałki. Łukasz nieźle się spisywał w swojej roli, zwłaszcza w drugiej części, ale o tym za chwilę.

Zasłony rozsunęły się mozolnie, a z dużych bocznych kolumn rozbrzmiała dość ciężka, rytmiczna muzyka. „Płomyki”, tak nazwijmy przedstawicieli Ognia, rozbiegli się po całej scenie, tańcząc, wykonując wszelkiego rodzaju wyzywające ruchy, miejscami przeplatane [skromnie] widowiskowymi wyczynami trzech panów akrobatów. Przekaz był prosty. Ogień symbolizował gwałtowność, żar, furię. Napewno znacie określenia typu „ogień mu z uszu buchał”, gdy mówicie o kimś rozzłoszczonym.
Gwałtowność ruchów, muzyka i poszczególne „części” tańca były dosyć dobrze zorganizowane, acz popracowałbym jeszcze nad synchronizacją. Jednakowoż rzecz ujmując, bądźmy szczerzy, nie ma rzeczy doskonałych, spektakl Ognia dobiegł końca. Czas ostudzić towarzystwo, występ Wody w drodze.

Także poprzedzony symboliczną scenką przelewania wody przez Łukasza... (nah, to było genialne) spektakl rozpoczął się łagodnym wstępem szepczącej po całej sali muzyki instrumentalnej. Owy kawalek wpowadził mnie w jakiś dziwny stan, którego określić na dzień dzisiejsy nie mogę, ale nie o tym, przejdźmy dalej.
Panowie i panie „Kropelki” zaczynali swój taniec od zgromadzenia sie w kółku, po którym to rozstawiwszy się po całej sali, podobnie jak Ogień, przeszli do ekspresji własnych uczuć. Spokój, zrównoważenie i opanowanie ogarniało widza (a bynajmniej mnie) od dołu, po samą górę. Kilka prostych ruchów tanecznych, a tak wiele potrafi przekazać. Występ nie ograniczał się jednak do machania rękoma i nóżkami. Wszelkie gwiazdy, szpagaty, czy stójka „na baletnice” także były obecne. Koniec, chwila spokoju, która pozwoliła mi choć na chwilę odwrócić wzrok gdzieś, gdzie mogłem się opanować.

Jak tylko wróciłem do poprzedniego stadium własnych emocji, przyszedł czas na ostatni akt, czyli połączony taniec Ognia i Wody. Krótko i zwięźle – był krótki i prosty... no... Przedstawienie walki Wody z Ogniem, symboliczne szarpanie, popychanie siebie wzajemnie... świetna sprawa, jak zna się ogólne przesłanie przedstawienia. Ot co, wtedy mój jakże [nie]trafnie wytypowany kandydat na diabła krzyczy „STOP!”... spod czarnego płaszcza wyłania się Rafał. I tu wszechobecny czar zła, jaki emanował spod jego płaszcza, prysł. Albowiem zaprawdę powiadam wam, pod tym ciemnym skrawkiem materiału skryty był zwykły człowiek, w którym burzą się dwa żywioły – ogień i woda, nieustannie walcząc ze sobą, zcierając się w niekończącej się wojnie.

Wraz z magicznym „stop” nastała chwila ciszy, a w głośnikach tuż po paru sekundach rozbrzmiał dźwięk znanego saksofonu... niech to szlag. Stary dobry przyjaciel, którego poznałem w grudniu tamtego roku... Kenny G. Serce zabiło mi silniej, a w oczach mimowolnie pojawiły się łzy, przez które, niczym pokaz slajdów, widziałem całą Wigilię, wszelkie detale, ten pokój, tą ciemność i Silent Night w wykonaniu powyższego artysty. Spojrzałem w dół, dostrzegając „pana tatę”, siedzącego na pierwszym stopniu... Dobra koniec, bo odbiegam od tematu.
Przyszedł czas na zjednoczenie dwóch kontrastowych żywiołów, których „zjednoczycielem” (nie wiem, czy takie słowo istnieje ale raz się żyje... ekhm) jest właśnie człowiek, ten w którym nastaje pokój, po długoletniej wojnie, w której straty ponosimy my. Wiara, szczęście, radość, wszelkie inne pozytywne uczucia są wymywane wraz z przelaną „krwią”. To już moja własna, indywidualna interpretacja owej scenki... jak miało być, nie wiem. Mówią, że Biblie każdy interpretuje na swój sposób. Scenki więc też można.

Zjednoczenie dobiegło końca, a taniec z nim związany rozwiał we mnie wątpliwości, przepędził strach i uspokoił zmysły.

Koniec, brawa, owacje na stojąco, dwa ukłony, rakieta i w nogi. Tuż po podziękowaniach dla Boga, ojców oblatów, młodzieży, pani mamy i pana taty, zdałem sobie sprawę z tego, że przesiedziałem tu nazbyt długo. Przy pierwszej możliwej okazji, jak na Evil Angel przystało, chwyciłem się jednego z księży i ulotniłem swą skromną obecność.

Niechże ta krótka i jakże niepełna relacja będzie podziękowaniem dla osób, które mnie tam zaprosiły.


PS. Ojciec Damian jest niezastąpiony... :D
"Chodź tu Krzysiu, powiedz im coś mądrego, co ich ruszy, ja ide siku." - przez mikrofon, przed liczącą ok. 200 osób widownią.

Tymże akcentem kończem swe wywody. Peace and love.

10 komentarzy:

parachutist pisze...

jak przeczytałem tytuł tego posta , pomyślałem o Upiorze w Operze..którego spektakl na żywo jest moim ogromnym marzeniem.

Nie mniej jednak owa zjawa w teatrze jak na lokalne warunki..godna podziwu..może nie aż tak zagadkowa acz ciekawie przedstawiona.

Kończąc przewód myślowy[jak ja lubię te określenie] dodam iż styl notki dobry, jedynie czego mi brakuje to..relacji foto/video xD

Anonimowy pisze...

hm.. interpretacja dobra, powiedziałabym, że nawet bardzo :)kurcze to był taki stres:D xd (bynajmniej dla mnie), że ja nawet momentu zakończenia nie pamiętam :DXD no ale.. xd/.
podoba mi sie ta Twoja nota:)

Anonimowy pisze...

Z notki nie zrozumiałem absolutnie nic wartościowego. Chyba musisz porzucić pseudopoetycki sposób pisania aby ktoś oprócz Kozy cię zrozumiał ;)

Jedyne co udało mi się wyłowić, to to że uczestniczyłeś w jakimś sekciarskim pracniu mózgu, skoro taniec doprowadzał Cię do "dziwnego stanu"

PS: Symboliczne podpalenie zapałki - to brzmi przezabawnie ;)

parachutist pisze...

a cóż wartościowego oczekiwałeś ? czy może kolejnej pochwały głupoty ? a może drażni cię fakt, że ktoś bardziej rozwinięty duchowo potrafi napisać coś swojego, coś personalnego mieszczącego się w ramach Jego wiary i poglądów ?
Pokolenie bez ograniczeń...wątpię
BTW : pseudopoetycki styl?..no nie widzę jakoś. No chyba, że publicystyka szeroko rozumiana nagle pozbawiona jest możliwości upiększania formy wypowiedzi.

Skoro za wszelką cenę pragniesz propagować swój ateistyczny bunt, polecałbym zmianę intonacji i
a) nie obrażanie mojej i Mateusza religii lub
b) całkowite zaprzestanie wchodzenia skoro nie widzisz żadnych pozytywnych bodźców w związku z lekturą.

Pozdrawiam
b)

Anonimowy pisze...

No i widzisz Kozo. Dla ciebie świat jest czarno biały. Nie dobrze. Dla ciebie jest zło - Czarny Pan, Baphomet, Ateista oraz dobro - bóg, ale tylko ten z orygninalnej Betlejemskiej fabryki z 52 ząbkami. Następna kwestia, jeśli zakładasz bloga to się licz że może wpaść ktoś, kto się z prezentowanymi poglądami nie zgadza. Więc albo banuj, albo przenieś się do katakumb. Albo się cenzuruj, to już kwestia świadomości odwagi prezentowania własnych poglądów.

"czy może kolejnej pochwały głupoty ?"
Nie, po to akurat na waszego bloga nie wchodzę :]

Publicystyka = brzydki styl. Gratuluję wniosków, poczytaj trochę esejów bo równie dobrze mogę powiedzieć że poezja przysłoniła ci postrzeganie świata. Czego nie chce mówić, bo to nieprawda oczywista.

I chce wiedzieć co cię obraziło. Sekta? Jeśli księża - przedstawiciele kościoła katolickiego - twierdzą że wg definicji kościół można nazwać sektą, to o co się obrażasz? Można powiedzieć Sekta Hare Kriszna i Kościół Hare Kriszna, Kościół Katolicki i Sekta kościoła katolickiego.


No... ale przynajmniej dzięki mnie macie ruch w komentarzach.

m.encore pisze...

Jest tak : słowo sekta nie oznacza tylko odrębnej religii niezgodnej z doktryną dominujących wiar. Tak więc masz pełne prawo nazwać Kościół Katolicki sektą, ponieważ znaczenie tego słowa nie jest jednoznaczne ze "złem wcielonym", jak niektórzy chrześcijanie wierzą.

Po drugie: nic nie muszę i nikt mi niczego nie będzie narzucał, tak więc mój "pseudopoetycki sposób pisania" jest mój i tylko mój, więc prosze ja Ciebie zostaw go w spokoju. Nikomu nie narzucam własnych racji i oczekuje tego samego w drugą stronę. Co z tym zrobisz – Twoja sprawa, ale ja to będę wraz z kolejnymi komentarzami po prostu olewał.
To, czy mnie ktoś zrozumie czy nie szczerze mówiąc mnie mało obchodzi. W razie jeśli nie czytałeś pierwszej notki - to, co piszę, jest przede wszystkim dla mnie i po to bym mógł się z innymi (wśród których wyszczególniam najbliższych znajomych) dzielić własnymi przemyśleniami. Niczego nikomu nie narzucam (i się chyba powtarzam), nie promuje żadnych wielkich ideologii... nic z tych rzeczy. Pisze, bo taki mam akurat kaprys i sądzę, że jeżeli Twój blog nie jest nastawiony na "komerchę", to w podobny, a być może ten sam sposób podchodzisz do własnych tekstów.

Pranie mózgu? Nie będę tego komentował i po prostu puszcze to mimo uszu. A dlatego, bo mnie nie obchodzi co o tym myślisz i jak do tego podchodzisz. Pisz co chcesz... Jeżeli to sprawia Tobie frajdę, masz wolną rękę. Ja jestem zarówno cierpliwy jak i mało konfliktowy, a rzeczy, które mnie nie interesują (jak np. Twoje, a także kiedyś moje niestety, poglądy) wpuszczam jednym uchem, a drugim wykopuje z głowy. ;)
Taniec doprowadził mnie do dziwnego stanu nie poprzez sam przekaz, a osobiste odczucia związane z pewną osobą, która tam występowała, więc nie dziwie się, że tego nie zrozumiałeś.

Co do symbolicznego podpalenia zapałki... tak samo jak przelewanie wody - to miało być przezabawne.

Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Wypada tylko pogratulować spokojnego podejścia ;)

parachutist pisze...

Polemika polemiką ale publicystyka ma prawo wykraczać poza konwenanse. Nie wiem jednakże czy cię dobrze zrozumiałem w tej kwestii, ale chyba nie masz na myśli że jest ona jednoznaczna z "brzydkim stylem" ?

Nie tyle obraziło, co nieco zniesmaczyło mnie wyrażenie pranie mózgu w kontekście do wiary. I tak jak poprzednik ja również nie mam zamiaru ani obrażać cudzych poglądów ani wykraczać poza granice dobrego smaku. Co by kultura zapanowała w krainie zapomnienia :)

written at tuesday, bloody tuesday

Anonimowy pisze...

albo jestem totalnie ślepa, albo nie znam się na komputerach, albo nie można skomentować najnowszego postu. być może jest to skutek gwałtownej dyskusji na temat "zjawy w teatrze".
ja chciałam tylko powiedzieć, że zazdroszczę temu młodzieńcowi tak pięknego przeżycia w świątyni. ja niestety, wychowana w rodzinie katolickiej, od dziecka miałam wszystko, co związane z religią, podane na tacy. takie historie mnie ominęły, czego naprawdę żałuję, bo może wtedy moja wiara byłaby bardziej żywa.

m.encore pisze...

Komentarze owego powyższego tekstu wyłączyłem z jednego, bardzo prostego powodu - notka "Wysłuchaj melodii, przeczytaj me słowa" nie jest do komentowania. Jest ona po to, byście ją przeczytali, ewentualnie wysnuli jakieś wnioski, pobudzili samych siebie do refleksji a nie oceniali, komentowali i krytykowali. Czyste pobudzenie zmysłów... no i historia z życia wzięta przy okazji.

Pozdrawiam.